Temat dzisiejszego odcinka LT przyniosło samo życie. Od paru dni mieszkańcy pięknego kraju nadwiślańskiego nie żyją niczym innym, jak wizytą w Warszawie amerykańskiego prezydenta.
Czy w związku z tym talerz przeciętnego jankesa nie miał prawa wzbudzić sobą zainteresowania? Oczywiście, że miał – tym bardziej, że wielu znany jest jedynie z opowieści dziwnych treści tych szczęśliwców, którym udało się być za Wielką Kałużą lub z literatury. Zresztą, ile można blablać o full wypas limuzynie jaką porusza się Barack Obama, ogromnym samolocie, na skrzydłach którego przyleciał do Polski, agentach secret service mu towarzyszących czy utrudnieniach, jakie znosili chcąc nie chcąc warszawiacy podczas jego kilkunastogodzinnej wizyty w kraju nad Wisłą - bo takich wątków było w mediach najwięcej.
A co na nim, w sensie tym talerzu? Różności. Kuchnia amerykańska - jak każda inna - ma wiele do zaproponowania. Jest przy tym ciekawa i różnorodna, bardzo często podrasowana smakami i wpływami kuchni innych narodów. Pierwsze skojarzenie to oczywiście burgery wszelakiej maści, sprawdzone na milionach podniebień. Ich miłośnicy twierdzą, że nigdzie na świecie nie zje się lepszego steaka niż tutaj właśnie. Ale Ameryka jest ogromna i różne mogą być gusta i preferencje smakowe rdzennych jankesów na południu, północy, wschodzie i zachodzie kraju.
Każdy stan stara się mieć swój wkład w sztukę kulinarną. I praktycznie ma. Dla sprawiedliwości więc, do wspomnianych burgerów obowiązkowo dorzucić trzeba sałatki – chociażby coleslaw, waldorf i ceasar, dania z kukurydzy (bardzo ją tam lubią, oj bardzo), chowdery z owoców morza, dynie, pancakes i muffiny, wszelakie serniki i ciasta z jabłkami, banany przyrządzane na kilkanaście sposobów – w tym w plackach, chlebie, cieście. Nie da się ukryć, trochę tego jest. Wymieniać by można było długo.