Z powodu drobnych zmian w ramówce, w tym tygodniu zwiększa się dawka Kina w... letnim kinie Antyradia. Każdy z programów – od dzisiaj do piątku - stanowić będzie czterogodzinny blok, rozpoczynający się o 18.00.
Tradycja zapraszania amatorów pikników na łąkę w Puszczy Kampinoskiej zostaje – ku uciesze słuchaczy - oczywiście zachowana. Dzisiaj gościem Tomka był nie byle kto, bo sam Maciej Zembaty – poeta, satyryk, muzyk, bard i tłumacz – głównie poezji Leonarda Cohena – w jednym. Przybył do lasu - chociaż najchętniej spędziłby ten czas w miłym towarzystwie, jakim jest załoga letniego kina Antyradia, w apartamencie jednego z krakowskich hoteli, wyposażonym w wodne łoże i barek – i zaprezentował swoje ulubione pieśni oraz wykonawców. Jako urodzony gawędziarz opowiadał przy okazji niezwykle zajmująco o każdym z nich i o powodach, które kazały mu dokonać takiego, a nie innego wyboru utworów. Opowiadał, a nawet podśpiewywał.
Dla muzyki zrobił wiele, ale to inni tak twierdzą, nie on sam. Zainteresował się nią stosunkowo wcześnie, bo już w wieku 12 lat, a wszystko to za sprawą niejakiej cioci Marysi, instruktorki k.o. w jednym z sanatoriów dla gruźlików. Ona odkryła, że ma słuch, talent i wrażliwość muzyczną, ona pokazała mu pierwsze chwyty na gitarze i nauczyła grać na pianinie... jednym palcem. Piosenką, która przyniosła mu pierwsze brawa i dała pierwszą publikę – w osobach kuracjuszy sanatorium - była Cicha woda.
Aplauz publiczności w dalszym ciągu przed nim. Maciej Zembaty wrócił po krótkiej przerwie do pisania muzyki. Prawie codziennie odbywa próby ze swoją reaktywowaną kapelą STGS 2, są tuż przed wydaniem singla. Nagrali też teledysk z piosenką w stylu... rap.
Jednym z pierwszych, który miał wpływ na gust muzyczny Macieja Zembatego był Bob Dylan. Spośród wielu pieśni tego wykonawcy, gość wybrał do zaprezentowania Lay Lady, Lay. To by niejako wyjaśniało, skąd i po co to wodne łóżko w apartamencie hotelu... Z muzyką reggae natomiast zetknął się i urzekł się nią za sprawą pewnej młodej Murzynki, zwykłej dziwki za 50 marek z Sankt Pauli - hamburskiej dzielnicy rozrywek i ‘czerwonych latarni’. Piosenką No Woman No Cry dostał niejako obuchem w łeb... Mało tego, uważa ją za ważną, gdyż kojarzy mu się nie tylko z inicjacją muzyczną, ale także... seksualną. Reggae lubi do dziś, chociaż jego zdaniem nie wszyscy potrafią grać tę muzykę, bo jej nie rozumieją, zapominając, że to nie tylko melodia, ale także religia, sposób życia, voodoo... On sam z pokorą wycofał się od wszelkich prób grania reggae.
Let’s Twist Again Chubby Checkera i Jailhouse Rock króla Elvisa to wspomnienia pierwszego pocałunku z dziewczyną, niezwykle niezdarnego i nieumiejętnego, którego był autorem. Hmm... kto by przypuszczał, że ten asertywny dzisiaj człowiek był kiedyś tak bardzo nieśmiały. Neil Sedaka i kiczowata piosenka Oh Carol przywodzą z kolei wspomnienia warszawskich Hybryd i zrozumienia, co to jest taniec. Zupełnie odrębną kwestią są pieśni Leonarda Cohena (dzisiaj wybrzmiała Tower of Song), na tłumaczenie i wykonywanie których Maciej Zembaty, będący w wielkiej przyjaźni z ich autorem, ma carte blanche.
Poza wymienionymi, usłyszeć dzisiaj można było także utwory Janis Joplin – Kozmic Blues, Jimi Hendrixa – Foxy Lady, Raya Charles'a - Hit the Road Jack, The Rolling Stones – Brown Sugar, a ponadto The Animals, Nirvany, Pearl Jam i Guns N' Roses. Seans zakończyła kapela The Doors i Riders On The Storm.