Zaczyna nas dopadać, kiedy przychodzą pochmurne dni, szaruga, słota i zimnica. Robi się ponuro, słońca nie uświadczy się, chociażby bardzo się chciało. Ogarnia nas smutek, przygnębienie, nic nam się nie chce robić albo jesteśmy ciągle zmęczeni. Wraz z ostatnim opadłym z drzewa liściem, o(s)padają nam nie tylko ręce...
Dość tego! Nie można dać się chandrze i jesiennej melancholii. Piątkowa Gastrofaza wyszła naprzeciw temu żywotnemu (sezonowemu) problemowi. W studiu, na zaproszenie Pawła, pojawili się goście, których depresja się nie ima, a przynajmniej znają pewne metody, jak z nią sobie radzić i jak skutecznie z nią walczyć. Wielce efektowny duet (szczupli, opaleni, wyrzeźbieni) tworzyli Hanna Budna i Marcin Soliński, reprezentujący warszawski fitness club Power House.
Paradoksalne, ale metod na zwalczanie jesiennej deprechy jest wiele. Chodzi przecież po prostu o to, żeby poprawić sobie zdecydowanie humor i dostarczyć organizmowi trochę endorfin – hormonów szczęścia. Należy przyznać, że wielce indywidualna to sprawa. Niektórym wystarczy uderzyć w shopping. Kupienie czegokolwiek, nawet niepotrzebnego – w ogóle i w danej chwili – zdecydowanie może podnieść opadły nastrój. Goście Pawła stawiają na ruch i mały wysiłek fizyczny, chociaż o diecie też pamiętają.
Fitness jako antidotum na deprechę? Dlaczego nie... Aktywność powoduje wzrost stężenia endorfin i dlatego po wysiłku czujemy się lepiej. Ruch (w tym wszelakie formy gimnastyki) prowadzi bezpośrednio do zachowania wspaniałej sylwetki i pozbycia się paru zbędnych kilogramów, nabytych wskutek... zagryzania deprechy. Nic tak nie zadowala jak akceptacja własnego, zadbanego ciała, z idealnie zachowanymi proporcjami wagowymi. Na łaskawość natury nie zawsze można przecież liczyć.
Goście Pawła apelowali o aktywność i potraktowanie samego siebie ze szczególną troską, zaczynając od własnego ciała. Niewiele potrzeba, aby osiągnąć stan szczęśliwości – ot, trochę dyscypliny, trochę innego sposobu żywienia, dużo ruchu. Pomoże w tym na pewno każdy fitness club, a bez wątpienia Power House, gdzie kompleksowo można skorzystać z urządzeń, zabiegów, metod i technik zwalczających depresję i poprawiających humor. Najpierw trzeba rozruszać się – na siłowni, rowerach, bieżni, stepie, potem sukcesywnie brać się za sztangi i hantle, wszystko według zasady: schudnąć - ewentualnie nabrać ciała (okazuje się, że 'za mało' to też niedobrze), a następnie dać je sobie wyrzeźbić... cokolwiek miałoby to znaczyć. W fitness clubie dostępne są zajęcia jogi – zarówno wyciszającej, jak i pobudzającej, masaże, bezkrwawy Thai boks, no i oczywiście wszelakie urządzenie typu ‘atlas’, które na siłowni zazwyczaj można spotkać.
Jesienne obniżenie nastroju to wynik także niedoboru światła słonecznego. I na to jest sposób. Namiastką foto(światło)terapii, uważanej za najskuteczniejszą metodę walki z sezonową depresją, jest solarium. Niedoborów światła co prawda nie uzupełni, ale przysporzy odrobiny brązu (w różnych odcieniach, zgodnie z indywidualnym życzeniem) blademu ciału - tak, jak robi to słońce. Sztuczna opalenizna też przynosi (niektórym) zadowolenie.
Wszystkie zabiegi na nic, jeśli po macoszemu podejdzie się do sposobu żywienia, czyli do odpowiedniej diety. Na rynku dostępne są różne suplementy i odżywki, ale to nie one powinny stanowić nasze jedyne, codzienne wyżywienie i nie one gwarantują zdrowe jedzenie (nieraz mogą wręcz zaszkodzić). Na pewno krzywdy organizmowi nie zrobi naturalna woda mineralna (niegazowana), która perfekcyjnie wypłukuje tłuszcz z organizmu. Im więcej jej się wypije w ciągu dnia, tym lepiej. I nie ma to nic wspólnego z powiedzeniem 'szklanka wody zamiast'...