Dzisiaj do stołu z powyłamywanymi nogami zaproszeni zostali przede wszystkim birofile, czyli ci, którzy piwo umiłowali prawie ponad wszystko.
Umiłowali do tego stopnia, że nie potrafią wyobrazić sobie nawet jednego dnia bez kufelka lub dwóch swojego ulubionego trunku. O piwie, poszczególnych jego gatunkach, smakach, kolorach i zapachach wiedzą dużo i potrafią godzinami o tym mówić. Uważają się za prawdziwych koneserów złocistego trunku z puszystą pianką i jako wytrawni piwiarze... nie przepadają za piwem z dużych browarów, które zdominowało rynek. Zdecydowanie wolą sami sobie nawarzyć, bo to i możliwość poeksperymentowania, a przez to znalezienia nowych ciekawych smaków, kolorów i zapachów piwa, i przede wszystkim ogromna frajda zrobić coś samemu, co sprawi przyjemność podniebieniu - własnemu i przyjaciół. A poza tym, flaszeczka własnoręcznie uwarzonego piwa zawsze może być doskonałym prezentem, przysparzającym radochy zarówno obdarowanemu, jak i darczyńcy. Temu drugiemu także ogromu satysfakcji.
Wiele nie potrzeba, żeby zrobić piwo w kuchni przeciętnej wielkości mieszkania. Nie jest to ponoć trudne, nawet nie za bardzo pracochłonne i - co ważne - nie wymaga dużych nakładów finansowych. Domowy browar prosto jest urządzić, bo wszystko co potrzeba, mieści się zasadniczo w zestawie ‘mały piwowar domowy’, który nabywa się za kwotę około dwustu złotych. Znajdzie się w nim niezbędny sprzęt typu baniaki (chyba takie, jak do wina), termometr (bardzo ważny w procesie warzenia piwa, bo pewne czynności muszą przebiegać w określonych temperaturach), łyżka do mieszania, jakieś rurki. Poza tym specjalistycznym ‘sprzętem’, resztę można opędzić dużymi garnkami, wiaderkami, czy innymi pojemnikami. Sam proces technologiczny, składający się z kilku etapów, to czynności proste do bólu: podgrzewanie, mieszanie, gotowanie, mierzenie (temperatury), przelewanie, filtrowanie, butelkowanie. Poddaje się im podstawowe składniki, z których robi się piwo, a więc: wodę (może być zwykła hydrantówa), słód (wysuszone ziarno jęczmienia lub pszenicy) i drożdże, a na pewnym etapie także chmiel, który jest odpowiedzialny za aromat w piwie. Dużo się go nie wrzuca do gara. Wystarczy garstka, a i tak swoje zrobi.
Na gotowe piwo czeka się trzy miesiące, czasami dłużej – tu nie ma reguły. Urobek potrafi się nieraz skwasić, stąd trzeba zachowywać higienę na każdym etapie produkcji. Wiele nie potrzeba, aby cała warka, czyli to, co się nawarzy, zamiast w gardło, poszła w kanał. Taki ‘kiks’ niektórzy butelkują, bo po paru miesiącach przerabia się on w ocet słodowy, w którym można później marynować mięso albo używać do sałatek zamiast octu balsamicznego. Podobno jest nawet niezły.
Aby bawić się w piwowarstwo domowe, trzeba oczywiście przyswoić parę podstawowych zasad i zgłębić odrobinę wiedzy. Informacje z pierwszej ręki, sprowadzające się do porad typu ‘jak to się robi, żeby zrobić’, dostępne były dzisiaj w Blacie. Udzielał ich praktyk i teoretyk w jednym, słuchacz AntyRadia, który zgłosił się na ochotnika do wygłoszenia wykładu na temat piwowarstwa domowego, czyli dzisiejszy gość Pawła – Tomasz Gawryś. Warzenie piwa w warunkach domowych stało się jego konikiem i szczerą pasją trzy lata z ogonkiem temu. Dużo na ten temat wie i z przyjemnością dzielił się swoją wiedzą z biesiadnikami skupionymi przy stole bez nóg.
Od czasu złapania bakcyla piwo robi sobie sam i nie wie, jak smakuje ono w knajpie, bo tam nie chodzi. Żeby wychylić kufelek zimnego, zwieńczonego pianką napoju bogów, który w jego wykonaniu wcale nie jest klarowny (rzadko kiedy w ogóle taki bywa) i wcale nie jest wyłącznie w złocistym odcieniu, bo może przybrać barwę od bieli do prawie czerni, w zależności od tego, z jakiego zboża jest warzony i z jakimi dodatkami - wchodzi do kuchni. Pięć godzin mieszania w garze, studzenia, przelewania, filtrowania, wlewania... i dwadzieścia litrów zacnego trunku gotowe. Trzeba tylko być cierpliwym...
Zarażeni pasją gościa Pawła, którzy chcieliby pójść w jego ślady, mogą (a nawet powinni) odsłuchać ponownie ten odcinek Blatu. Wystarczy kliknąć TU.