"Przewrotność" stołu z powyłamywanymi nogami nie zna nieraz granic. I nie chodzi tutaj o niestabilność mebla, kolebiącego się i często przewracającego, bo brak mu czegoś istotnego do spełniania swojej użytkowej funkcji, co raczej o pewnego rodzaju ‘niepoprawność obyczajową’.
Tak było dzisiaj. Po wczorajszej pełnej smaku audycji, w której było dużo o jedzeniu – dla przypomnienia: tym normalnym, przygotowywanym ze świeżych produktów oraz tym sztucznym, czyli zawartym w tabletkach lub suplementach diety – dzisiaj znowu blablaliśmy o żarełku, ale… smakującym inaczej. Inaczej, bo obrzydliwym, wstrętnym, odpychającym i zgoła niejadalnym – oczywiście według indywidualnych kryteriów biesiadników, przycupniętych przy stole nóżek pozbawionym. Nie jest nic odkrywczego w stwierdzeniu, że to co dla jednych jest cymesem i pyszotą, dla innych może stanowić coś, czego do ust nie wezmą. Za Chiny Ludowe! To nawet nie jest kwestia, że coś się lubi lub nie lubi. To ‘coś’ jest na wskroś obrzydliwe i nie ma takiej siły, która zmusiłaby nas do przyswojenia chociażby kęsa takiego superpysznego jedzonka. Taaa… W żadnej innej sytuacji tak dobrze nie sprawdza się powiedzenie, że o gustach nie dyskutuje się.
Nie jemy tego czy tamtego, bo trawią nas chociażby złe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to - jako nic niemające do powiedzenia pacholęta - byliśmy zmuszani przez zatroskane i zapobiegliwe mamusie do jedzenia niektórych potraw, szczególnie tych zawierających w sobie samo zdrowie. Do tej pory może tkwić w człowieku niechęć do wątróbki w każdej postaci czy szpinaku, przygotowywanego w sposób tradycyjny, wyglądającego jak… może obejdzie się jednak bez drastycznych szczegółów. Nie jemy także dlatego, bo odrzuca nas od potrawy na sam jej widok, bo mamy złe z nią skojarzenia, bo odpycha nas od niej już sama jej nazwa, bo przeszkadza nam i widok, i smak, i w ogóle wszystko. Takie pyszności po prostu przez gardło nam nie przechodzą.
Wśród takich dań indywidualnie nielubianych są potrawy powszechnie akceptowane, które w wielu wzbudzają zachwyt i powodują, że ślinka do ust leci na samo ich wspomnienie. Można ostatecznie się zmusić i postarać zrozumieć, że nie wszystkim pasuje tatar i wstrętu do tego dania nie złagodzą nawet dodatki do niego i przyprawy. Podobnie jest z sushi czy inną surowizną (zazwyczaj mięsną), ale co komu przeszkadza poczciwy barszcz czerwony? Albo sernik na zimno z galaretką na wierzchu, każda zupa mająca ryż w środku, czosnek, sos winegret, zupy owocowe zwane pogardliwie ‘kompociankami’, czy gołąbki z ryżem (te z mięsem wchodzą i daje się im radę). No co? Dlaczego omija się je szerokim łukiem?
Nawet ci, którzy deklarowali, że są w zasadzie wszystkożerni, dopatrywali się w swoich preferencjach kulinarnych niechlubnych wyjątków. Ech, życie… Chciałoby się krzyczeć głośno, że tyle pyszności na talerzu, a ludzie tego nie jedzą i uzasadniają swoją niechęć tym, że ‘wywołują one w ich organizmach uczucie buntu’. Nawet trudno byłoby sporządzić listę takich oczywistych obrzydlistw jadalnych, bo – czego należało się spodziewać – wśród biesiadników nie było jednomyślności. Nie mniej jednak, wśród zgłaszanych do takiego ‘rankingu’ pyszotek prym wiodły: czernina (zupa z kaczą krwią) - zwana czarną polewką, podroby (‘dudki’ czyli płucka, serduszka, żołądki, ozory, ogony i ryje – o nereczkach i grasicy już nie wspominając), frutti di mare – nawet te najbardziej przyswajalne czyli krewetki oraz móżdżek. Obrzydzenie wzbudzał także wśród niektórych najpoczciwszy wśród poczciwych wigilijny kompot z ‘suszu’. O tempora, o mores…
Dzisiejszą audycję, głodu nie pobudzającą, można odsłuchać w szczegółach jeszcze raz. Wystarczy kliknąć TU. |