Już wyjaśniam – z powodu dzisiejszego gościa Gastrofazy, który przybył do studia w drugiej połowie audycji, po 12:00. Był nim Bogusław Zakrzewski, swego czasu ambasador Polski w Tajlandii - kraju, jakoby bardzo przypominającym swoim kształtem głowę słonia (tak przynajmniej twierdzą Tajowie), której ‘okiem’ jest stolica państwa - Bangkok. Pan ambasador, wybitny znawca Dalekiego Wschodu, wspominał swoją misję dyplomatyczną w Królestwie Tajlandii, którą pełnił w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, opowiadając w niezwykle interesujący sposób o tym jak tam jest, jak smakuje i jak pachnie kraj, w którym mieszkają ludzie uśmiechnięci od przebudzenia aż do zaśnięcia (ten 'rodzaj' podobno tak ma, ale to naprawdę miła cecha), o czym trzeba koniecznie wiedzieć wybierając się w tamten region, czego unikać i o czym zawsze pamiętać.
Trochę więcej na ten temat będzie poniżej, a póki co słów kilka o pierwszej części Gastrofazy. Zanim bowiem Paweł przeniósł się z Gastrofanami hen daleko, na (nomen omen) Daleki Wschód, oddał się normalnej praktyce ‘najsmaczniejszego pasma eteru’ - wymyślaniu i komponowaniu smakołyków na co dzień i od święta oraz doradzaniu (gdyby zaszła taka potrzeba - a zawsze jest) wszystkim lubiącym pitrasić, a lekko akurat zagubionym. Wyznaczone zostały oczywiście kluczowe słowa, obowiązujące w dniu dzisiejszym, które miały pobudzić wyobraźnię Gastrofanów i uruchomić skrzynkę mailową Pawła. Były nimi: truskawka, bułka tarta, placek ziemniaczany.
Truskawka, królowa lata (przynajmniej jego początku, bo niestety szybko abdykuje na rzecz innych letnich owoców), oprócz tego, że jest niezwykle urocza i w takim stopniu smaczna, to przede wszystkim daje wiele możliwości ‘grzeszenia’ z nią. Można przerobić ją na zupę, koktajl, dodać do makaronu, omleta, naleśników lub wyczarować z niej przepyszne desery. W lecie zajadamy się nią w każdej postaci. Bułka tarta znajduje zazwyczaj zastosowanie jako ‘okrasa’ fasolki szparagowej, kalafiora, brokułów czy szparagów oraz w prozaicznej panierce do kotletów, chociaż w tym drugim przypadku wcale nie jest powiedziane, że musi być taka prozaiczna. Zawsze można ją uszlachetnić i wzbogacić, dodając do niej biszkopty, płatki kukurydziane, orzechy lub migdały. Paradoksalne, ale najwięcej emocji wzbudził siermiężny i prosty w przygotowaniu placek ziemniaczany, który w zależności od wielkości, kształtu czy dodatków może być babą ziemniaczaną, plackiem po zbójnicku, plackiem po węgiersku, blinem, pizzą, ‘kocmołuchem częstochowskim’ lub najzwyklejszym w świecie małym plackiem ziemniaczanym (zwanym różnie w różnych regionach Polski), zjadanym w liczbie mnogiej, a podawanym z cukrem albo śmietaną, a nawet z sosem truskawkowym czy czekoladą (sic!).
W Tajlandii smaku placka ziemniaczanego się nie dozna, bo królują tam inne zapachy - wszystkie bardzo intensywne, bardzo aromatyczne, chociaż nie wszystkie przyjemne. Cuchną nie tylko lekko nieświeże duriany, nieprzyjemny zapach mogą mieć także pędy bambusa trzymane w jakiejś specjalnej zalewie oraz niektóre ryby. Tajom one nie przeszkadzają, a cudzoziemcy albo je polubią, albo odrzucą. Nie to jest jednak ważne. Wybierając się do Tajlandii, należy pamiętać także o trochę innych 'smakach' - chociażby o tym, że na pewne rzeczy mieszkańcy tego kraju są niezwykle uczuleni. A na jakie? Ano, nie wolno zapominać, że głowa jest ‘święta’ (nie dotyka się jej, bo tam mieszka duch, który może się obrazić) i ma specyficzne znaczenie w kulturze tajskiej (głowa osoby szanowanej powinna być wysoko, a osoby mniejszej - niżej). Nie należy się złościć i patrzeć ‘złym’ okiem (buddyzm uważa gniew za grzech), a poza tym takie spojrzenie przynosi nieszczęście. Noga z kolei jest częścią ciała niegodną (nikomu niczego nogą nie należy podsuwać) w przeciwieństwie do rąk - z tym, że podaje się coś i przyjmuje zawsze oburącz (z lekkim pokłonem). Należy pamiętać o hołdzie dla Buddy - dobrze zostanie odebrane przez tubylców chociażby tylko 'zawieszenie' spojrzenia na posążku, bez względu na to, gdzie odwiedzający Tajlandię natknie się na niego.
O Tajlandii można byłoby długo jeszcze rozmawiać i tyle samo pisać, ale wydaje się, że najlepiej jest wsiąść do samolotu (byle jakiego) i polecieć tam na mały odpoczynek – w ślad za tymi, którzy już tam na wakacjach byli i są na maksa usatysfakcjonowani.
Dzisiejszą Gastrofazę zawsze można jeszcze raz odsłuchać, klikając TU.