Opowieści i wynurzenia, spostrzeżenia i zagajenia na tematy różne, a nawet różniste, głoszone są przy stole z powyłamywanymi nogami w każdą sobotę i niedzielę.
Nieraz jest zupełnie na wesoło – w sensie wygłupy, figle i sztubackie żarty, ale czasami z lekuchno poważniejszymi kwestiami biesiadnicy biorą się za bary. Tak było chociażby w ubiegłym tygodniu, gdy przedmiotem blablania była przyjaźń (ta szczera i ta nie do końca prawdziwa) oraz cięższy kaliber - nieodwzajemniona miłość. Dzisiaj też żadne śmichy-chichy, bo oto na tapecie kompleksy. Czy je mamy, a jeśli tak to na jakim tle? Jakie sprawiają nam największe problemy? Czy można je pokonać? Hmm... To chyba dzisiejsza szaruga i smuta za oknem wywołała pomysł na takie przemyślenia...
Podobno każdy jakieś ma – większe lub mniejsze, łatwiejsze i trudniejsze do pokonania, racjonalne i wydawać by się mogło pozbawione sensu. Wszyscy mają, nie wszyscy jednak radzą sobie z nimi. Niektórzy zupełnie nie zwracają na nie uwagi, bo nauczyli się z nimi żyć na dobre i złe, inni z kolei nie potrafią przejść obok nich obojętnie i bardzo się nimi przejmują. Na szczęście żaden z ptysi malinowych wujcia Pawła szat nie darł z tego powodu, że coś takiego, co określa się mianem kompleksu ma prawo istnieć w człowieku i przez przypadek może jego dotykać. No bo czy warto? W miarę upływu lat zmartwienia wywołane kompleksami zanikają, a one same - w sensie kompleksy, nabierają nowego znaczenia i przestaje się z nimi walczyć. Po prostu nie myśli się o nich. Coś w tym jest, że najlepszym lekarzem na tę ‘dolegliwość’ jest czas.
Psychologowie i psychoanalitycy sklasyfikowali co najmniej kilkanaście typów kompleksów, ale nie o przypadkach klinicznych rozprawialiśmy dzisiaj przy stole. Zainteresowanie wzbudzały te codzienne, z życia wzięte. Najbardziej popularne (jeśli można tak powiedzieć) związane są z urodą, a w zasadzie z jej brakiem. Tkwią w człowieku jakieś ciągoty i marzenia, żeby polepszyć to, co skiepściła natura. Mieć coś większego albo coś mniejszego, coś bardziej kształtnego niż nieforemnego, coś prostego, a nie krzywego... wymieniać by można długo.
W zamartwianiu się nad niedoskonałością własnej figury prym wiedzie ród niewieści, ale dziewczyny znane są z tego, że przejmują się najmniejszymi nawet szczegółami, często zupełnie niepotrzebnie. Faceci zazwyczaj bagatelizują tego rodzaju niedostatki. Mięsień piwny czy łysienie nie jest dla nich żadnym mankamentem, który może wywołać jakikolwiek kompleks. Oni miewają problemy z innego powodu, a mianowicie są niezwykle wyczuleni na punkcie gabarytów i kształtów... swojej ‘męskości’. To dopiero zmartwienie, spędzające im sen z powiek! Złośliwi twierdzą, że niektóre samce kompleks ‘małego’ nadrabiają nową, full wypas furą...
Gdyby pokusić się o jakąś drobną klasyfikację tego zjawiska, to należałoby stwierdzić, że są kompleksy typowo babskie, są typowo ‘chłopskie’, ale są też takie wspólne dla obu płci: brak wiary w siebie i w swoje umiejętności, niedostrzeganie własnych wartości lub po prostu bagatelizowanie ich, obawa przed ‘nowym’ i nieznanym. No cóż, jak świat światem kompleksy istniały, istnieją i istnieć będą. Nie można tylko dopuścić do tego, aby nami zawładnęły. Trzeba je pokonywać, a najlepszą metodą w ich zwalczaniu jest po prostu akceptacja własnej osoby i kształtowanie w sobie umiejętności cieszenia się z tego, co się posiada. Wszak mądrzy ludzie powiadają, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. A w kwestii samych kompleksów... Nawet z największych wyjść można obronną ręką.
Tradycyjnie, dzisiejszy Blat jest możliwy do odsłuchania. Wystarczy kliknąć TU. |