I na nią przyszła pora w Gastrofazie. Ten przepięknej urody owoc w pełni zasłużył sobie na takie wyróżnienie ze względu na smak i wszechobecność w kuchni – w garnku, rondlu i foremce do ciasta.
Żółto-zielone renklody, mirabelki i uleny swoje ‘pięć minut’ mają już poza sobą – szczytowały latem. Teraz przyszła pora na fioletowe węgierki, najpopularniejszą chyba odmianę śliwki. Poszaleć z nimi można na wiele sposobów, robiąc z ich udziałem knedle, smażąc placki i placuszki, gotując z nich sos i kompoty, zaprawiając w słoiki, aby jako małe co nieco w occie ‘dosmaczały’ na talerzu wędlinę. Doskonałe są także ot tak, do podgryzania. Wiele do powiedzenia mają w ciastach, bo wyjątkowo wdzięczny z nich surowiec do wypieków. Są tacy, którzy wręcz nie wyobrażają sobie, aby przejść przez jesień bez placka ze śliwkami, bez względu na to, czy będzie on drożdżowy, na kruchym spodzie czy pod kruszonką z dodatkiem migdałów lub wiórków kokosowych.
Podobnie jest z powidłami, które w ocenie wielu smakoszy są niezastąpione w kuchni – jako że idą chociażby doskonale w naleśnikach czy bigosie oraz na kanapkach na śniadanie lub kolację. Ale na ten wykwintny dżem śliwkowy trzeba jeszcze trochę poczekać. Węgierki muszą podmarszczyć się ociupinkę, co będzie oznaczało, że bardzo już dojrzały – hmm... m.in. do tego, aby wrzucić je do rondla (najlepiej miedzianego) i przerobić na powidła. Smażą się w zasadzie same, chociaż powoli – bo przez kilka dni, ale zimą jak znalazł.
Śliwki rządziły w Gastrofazie przez dwie godziny, ustępując miejsca w drugiej jej części pasztetom. Przybyła z nimi do studia i wyłożyła je niczym kawę na ławę Małgorzata Roszkiewicz, właścicielka Starej Chaty w Zalesiu Górnym – knajpy specjalizującej się w kuchni staropolskiej.