Dzisiaj piątek? Czyli Paweł tylko nasz, na wyłączność! Tym razem my - a nie wyleniałe lwy i lwice salonowe - robimy za najmilszych jego gości.
W praktyce oznacza to, że dobro kulinarne AntyFanów – oddane tego dnia słuchaczom Gastrofazy bez reszty – służy im szczerą radą, wsparciem, dobrym słowem, komentarzem do przepisu autorskiego, pochwałą albo krytyczną uwagą... I tu spoko, nie ma co się obrażać – takie też trzeba umieć przyjmować na klatę, żeby błędów przy gotowaniu nie popełniać, a raczej doskonalić swój warsztat kulinarny, korzystając ze sprawdzonych wzorców. Wiadomo, nobody’s perfect. Jak pokazuje rzeczona praktyka, w kuchni można się zatracić, ale i zagubić też. Z tego powodu, w każdy piątek skrzynka mailowa Gastrofazy (gastrofaza@antyradio.pl) jest szczególnie rozgrzana do czerwoności. Wątpliwości trzeba wyjaśniać. Uff... tyle tytułem wstępu, przejdźmy do rzeczy.
Poza radami, w Dniu Słuchacza, jakim jest każdy piątek, Paweł dzieli się również propozycjami swoich autorskich dań. Dzisiaj na warsztat wziął granaty, karczochy, figi, hinduską pastę tandoori (było o niej trochę w poprzedni piątek) oraz swojskie placki ziemniaczane, ale... nawiązujące niejako w swojej formie do tradycji kuchni rosyjskiej i słynnych w niej blinów, które uzyskały rozgłos międzynarodowy. To z powodu sposobu ich serwowania – z wędzonym łososiem, kapką kwaśnej śmietany i odrobiną czerwonego kawioru.
Z granatów wyciskał sok (orzeźwiający, kwaskowaty sok granatowy o intensywnej czerwonej barwie), jego nasionka - mające kształt drobnych kuleczek, wydłubane z owocu (zajęcie dla trenowania cierpliwości), komponował na słodko z galaretką i wytrawnie - z sałatą wzbogaconą grillowaną piersią kurczaka, a także dodawał do ciasta biszkoptowego z kremem Chantilly (czytaj: szantiji). Przybliżył słuchaczom karczochy – warzywo (przyznać należy) mało powszechne na codziennym stole, ale odnajdujące się na stołach bankietowych. Smaczne, chociaż nie posiadające w sobie dużo wartości odżywczych. Ważne jest to, że cukry zawarte w karczochach są przyjazne dla cukrzyków, którzy mogą bezkarnie się nimi zajadać, przyrządziwszy je uprzednio na ciepło, albo na zimno.
Swoje pięć minut miała aromatyczna pasta tandoori z kuchni indyjskiej, będąca mieszanka przypraw (m.in. imbiru, czosnku, tamaryndowca, kolendry), o intensywnym czerwonym kolorze, bardzo konkretnym zapachu i zaskakująco łagodnym (wręcz subtelnym) smaku. Robi się z niej marynatę, w której wylegiwać się może mięso, ryba lub krewetki przed rzuceniem (się) ich na patelnię. O plackach ziemniaczanych udających bliny była już mowa, pozostał do odnotowania deser. Była nim figa z makiem, a właściwie figi, gdyż jedną deseru nie opędzi się. Są zbyt dobre, żeby móc poprzestać na jednej.
Co bolało słuchaczy? Wątpliwości i niepewności trochę było. Niektórych zaintrygował indyk w maladze, czyli upieczona pierś indycza pokrojona na plastry, udekorowana owocami (brzoskwinie, pomarańcze, winogrona) i zalana galaretką na bazie deserowego wina hiszpańskiego, produkowanego z podsuszonych winogron w winnicach prowincji Malaga, innych z kolei niebanalny sposób podania frytek (Paweł doradzał z sosem serowym), czy sos Cezara, który z powodu swojej ogromnej popularności często występuje na stronach internetowych i w dodatku w różnych postaciach. Mistrz przytoczył jego klasyczną.
Gdybyś był, a nie bywał... Do następnego Gastropiątku. To tylko siedem dni. :)