...i do bitki, i do szklanki – jak stanowi historyczne przysłowie. Coś jest na rzeczy, a przekonać się o tym można było zasiadając w niedzielne południe do stołu z powyłamywanymi nogami. Tym razem Paweł rozstawił go na pokładzie kolebiącego się pociągu, zmierzającego do pięknego kraju ze stolicą nad Dunajem - Budapesztu. Skoro już wiadoma jest destynacja, to nietrudno się domyślić, że dziś odcinek węgierski, a niestrudzonym poszukiwaczom przygód przyszło ich doznawać na Węgrzech. Potwierdzili ten fakt goście Pawła - Sylwia i Marcin Świdzińscy, autorzy pascalowskiego przewodnika kulinarnego po tym kraju.
Zjeździli Węgry wzdłuż i wszerz – co w gruncie rzeczy nie jest trudne, jako że kraj ten nie zajmuje ogromnej powierzchni w Europie. Odwiedzali wioski, duże miasta i małe miasteczka poszczególnych regionów Węgier, aby móc odtworzyć w pamięci i przelać na karty poradnika te smaki, które są już im doskonale znane i które uważają za sprawdzone. Szukali także nowych. Zaglądali do winiarni i restauracji, gdzie spisywali menu, nie pogardzali targowiskami, na których poza wspaniałymi owocami i warzywami można dostrzec wiele ciekawych i oryginalnych przetworów - chociażby papryki faszerowane kiszoną kapustą. Podpatrywali co Węgrzy lubią jeść, a czego napić się, co jadają tradycyjnie na święta, a czym zadawalają swoje podniebienia na co dzień, co przegryzają na szybko w charakterze fast fooda.
Sylwia i Marcin Świdzińscy przyznają szczerze, że Węgry są pięknym krajem, w którym smaków mnóstwo, a ludzie przyjaźni i sympatyczni, otwarci, o podobnej do naszej mentalności i podobnym do naszego spojrzeniu na świat – jak to bratanki. Chociaż Madziarzy mówią bardzo trudnym językiem, dogadać się z nimi zawsze można, nawet nie znając węgierskiego ni w ząb. Wydaje się to być najłatwiejsze w winiarniach, do których nie sposób nie wpaść będąc na Węgrzech. Przybytki, gdzie serwowane jest wino – nalewane chochelką z metalowych kotłów – są na każdym kroku. Przychodzą do nich na kieliszeczek... tfu... decylitr lub dwa różni ludzie – młodzież, biznesmeni pod krawatem, starsi panowie i stateczne panie. Są to miejsca z klimatem, w których siedzi się, sączy wino i zagryza ‘tłustym chlebem’ – wielką pajdą pszennego pieczywa, posmarowaną gęsim smalcem z cebulką, posypaną papryką. Do wina idzie też langosz – placek z ciasta drożdżowego, smażony w głębokim tłuszczu, posmarowany czosnkową wodą, posypany żółtym serem i polany śmietaną.
Wiele potraw w obu naszych kuchniach jest podobnych, czy wręcz takich samych, a różni je tylko nazwa. I nad Dunajem, i nad Wisłą znane są chociażby galuszki (kluski kładzione), flaki, zupa gulaszowa, fasolowa i rybna, paprykarz, gulasz, naleśniki. W obu krajach inaczej się je nieraz gotuje i dosmacza, dosypując inne zioła i przyprawy, inaczej się je zagęszcza i... inaczej nazywa. Weźmy taki gulasz, który na Węgrzech jest zawiesistym jednogarnkowcem, podawanym najczęściej w żeliwnym kociołku (bograczu) i jedzonym łyżką. U nas, w Polsce stanowi on danie główne, nazywane nieraz z węgierskiego porkoltem, a bograczem nazywamy raczej zupę gulaszową... No niech ktoś powie, że węgierski to łatwy język, niesprawiający kłopotu - przynajmniej w kuchni. Żeby nie ubawić towarzystwa przy stole, z nim uważać należy wznosząc nawet toast za zdrowie...
Węgierskie jedzenie pachnie smalcem, cebulą, pomidorami i papryką i jest pikantne. Paweł coś wie na ten temat. Rzadko zdarza mu się zaniemówić (no, chyba że z zachwytu), a tak się właśnie dzisiaj mu przytrafiło. Łzy pociekły mu z oczu i poty na niego wystąpiły po spróbowaniu ‘krzepkiego Stefana’. Mowę odzyskał czyszcząc podniebienie i język białym pieczywem, które (to tak na marginesie) podaje się na Węgrzech do większości potraw. Dla zdrowotności spróbował też Unicum – nalewki ziołowej, sporządzanej według tajnej receptury nadwornego lekarza Franciszka Józefa, z ponad czterdziestu ziół i przypraw.
Był też do spróbowania deser, chociaż nie ten najbardziej typowy dla kuchni węgierskiej, czyli nie naleśnik á la Gundel czy tort Dobosza, a galaretka winogronowa. Na kawę – mocną, aromatyczną, podawaną w małych filiżankach (taką pije się zazwyczaj na Węgrzech) – czasu już nie starczyło, ale wszystko można nadrobić. Podróż z Polski na Węgry nie zajmuje dużo czasu, a warto tam się wybrać. Kusi Balaton, kuszą baseny i kąpieliska termalne (ma je niemal każda zabita dechami wioska), kuszą zabytki architektury i.... kuchnia Madziarów. W bratnim kraju każdy znajdzie dla siebie atrakcję. No to co? W drogę.