Niewiele brakowało, aby o smakach w kuchni w pewnej restauracji hotelowej polskiego Radissona, decydował kto inny, a nie dzisiejszy gość Stołu Z Powyłamywanymi Nogami. Jako pacholę marzył on bowiem o zawodzie mechanika samochodowego i w tym kierunku zamierzał kształcić się. Chciał dokręcać śrubki, wymieniać zużyte części tudzież przepalony olej, naprawiać źle funkcjonujące hamulce i silniki – słowem robić dobrze samochodowi.
Plany zmienił pod wpływem impulsu, gdy wiózł papiery do szkoły samochodowej z prośbą o przyjęcie do tejże. Doszło do niego, że to brudna robota (chociaż może ciekawa i popłatna), ręce ma się ciągle ubabrane smarami, a przecież można inaczej zarabiać na przysłowiową ‘bułkę z masłem’, umiejętnie przy tym godząc to, co się lubi (dobrze zjeść) z tym, co w duszy gra (poszukiwanie nowych smaków). I tak, zamiast mechanikiem samochodowym, Piotr Pabisiak, który przybył dzisiaj do AntyRadia z rewizytą (na początku miesiąca, z okazji festiwalu kultury i kuchni tajskiej, gościł u siebie w hotelu Pawła), stał się kucharzem. Od paru już lat zaspokaja gusta kulinarne gości krakowskiego Radissona, szefując w kuchni hotelowej restauracji. Im robi dobrze, nie bezdusznej maszynie... Aha, to szczegół oczywiście, ale wart może napomknięcia. Wymianę oleju w swoim samochodzie powierza mechanikom samochodowym, sam tego nie robi... W szkole gastronomicznej tak jakby uczyli czego innego, a poza tym woli zdecydowanie mieć do czynienia z innego rodzaju (niż samochodowymi) olejami i oliwkami...
W zawodzie tkwi od kilkunastu lat. Mieszał w garach w niejednej restauracji i nie w jednym zakątku Polski. Pracował i w Szczecinie, i we Wrocławiu, teraz kieruje pracą kucharzy w Krakowie, w kuchni wielkiego hotelu. W swoim życiu zaliczył także coś bardzo oryginalnego jak na polskie realia, a mianowicie funkcję major domusa. Pod Szczecinem prowadził przez pewien czas dom (po prawdzie był to... zamek) pewnego ‘bogola’. Do jego obowiązków należało układanie jadłospisu, organizowanie przyjęć, robienie zakupów, a także opieka nad dziećmi i nadzór nad personelem dbającym o czystość w zamczysku. Teraz też ma pod sobą ludzi, których uczy i przygotowuje do pracy, ale i odpowiedzialność jest jakby większa. Szefem jest ostrym, lecz – jak twierdzi – dyscyplina w kuchni jest potrzebna. Z podstawowych cech perfekcyjnego kucharza na pierwszym miejscu stawia fantazję, potem dopiero odwagę.
Stresy zawodowe odreagowuje zazwyczaj nad wodą, mocząc w niej kija i wpatrując się w spławik wędki. Każdej złowionej rybie daruje wolność, puszczając ją z powrotem do ‘domu’, no chyba, że trafi się taka, którą warto oskrobać i przerobić na jakieś danie. W domu gotuje sporadycznie, zostawiając tę przyjemność żonie, ale jeśli już weźmie się za szykowanie obiadu, to najczęściej jest to coś z tradycyjnej kuchni polskiej. W wolnych chwilach z przyjemnością oddaje się też ogrodnictwu, uprawiając w maleńkiej szklarni zioła. Wykorzystuje je potem w kuchni. Tutaj trzeba zaznaczyć, że jego ulubioną jest ta, w której ziół nie może zabraknąć – czyli włoska. Ciągnie go bardzo na Daleki Wschód, chciałby dokładniej poznać - tak 'od podszewki' - kuchnię orientalną. Był w Kuwejcie, teraz myśli o Tajlandii i o smakach kuchni tajskiej oraz o wyspach Polinezji Francuskiej. Jego marzeniem jest mała (ale własna) restauracyjka, nie jest nim natomiast kariera w kulinarnym szołbizie. Po prostu nie ma parcia na szkło - co się zdarza.
Spotkanie z Piotrem Pabisiakiem wypełniło tradycyjnie drugą część Blatu. W pierwszej swoimi wrażeniami z podróży po Bawarii, najbogatszym regionie współczesnych Niemiec, stolicą którego jest Monachium, dzielił się Paweł. Rzuciło go tam w tym tygodniu, wczoraj dopiero wrócił na Ojczyzny łono. W Niemczech, w ciągu pięciu dni przejechał busem dwa tysiące kilometrów. Widział dużo, smakował i raczył się wszystkim tym, co w bawarskim wydaniu najlepsze – piwem (w tym pszenicznym), winami, wurstami, świniną, którą stoi kuchnia niemiecka, serami oraz kultowym tortem szwarcwaldzkim (to ten z bitą śmietaną, wiśniami, kirszem i tartą czekoladą). Wrażeń ma mnóstwo, ale trudno opowiedzieć wszystko, mając na to zaledwie dwie godziny. Jutro kontynuacja podróży po Bawarii, panie Janie kochany. A więc, bis morgen. :)
Dzisiejszy odcinek Blatu będzie można wkrótce odsłuchać TU.