W domu siedzieć nie za bardzo lubi. Świadczy o tym liczba podróży do przeróżnych zakątków świata, jakie odbyła w swoim życiu - po trosze zawodowo, a po trosze… z ogromnej chęci i pasji poznawania ‘nowego’.
Ma ich na koncie kilkadziesiąt, a wszystkie niezwykle interesujące i ekscytujące, bo… dalekie i egzotyczne. Rzuca ją po świecie to tu, to tam, w miejsca mniej lub bardziej cywilizowane, a nawet takie zupełnie dzikie i nieodkryte, nieznane przeciętnemu włóczykijowi, o których można byłoby powiedzieć, że diabeł mówi w nich dobranoc. Zaliczyła dosyć spory kawał Azji i nie mniejszy Afryki, ma za sobą wiele pięknych miejsc w trzech Amerykach – Północnej, Środkowej i Południowej. O Europie nie ma nawet co wspominać, bo jest więcej niż pewne, że ten kontynent ma w małym paluszku. Do szczęścia brakuje jej jedynie postawienia stopy w Australii i Nowej Zelandii. Tam jej jeszcze nie poniosło.
Dzisiaj odbyła jedną z krótszych podróży w swoim życiu, zaledwie ponad trzystukilometrową – z Poznania do Warszawy. Przyjąwszy zaproszenie Pawła na spotkanie z biesiadnikami zgromadzonymi przy stole z powyłamywanymi nogami, przybyła na Żurawią, aby podzielić się swoimi wrażeniami i doświadczeniami z trzynastu lat włóczenia się po świecie. Kto zacz? To oczywiście dzisiejsza gościówa Blatu – Estera Hess, globtroterka z zamiłowania, w której tkwią nieprzebrane pokłady ciekawości poznawania i zgłębiania nowych miejsc, kultur oraz ludzi. Najpierw na mapie i w książkach, a potem w realu.
Zawsze bardzo pociągała ją Afryka. Zaczęła ją zgłębiać, wybierając się na dobry początek do Maroka i Egiptu. Oba kraje zjechała uczciwie, niekoniecznie wylegując się na plaży z palmą. Sentyment do kraju faraonów tkwi w niej do tej pory, bo to co ja pociąga i decyduje często o wyborze odwiedzanego kraju, to bogata jego historia. Egiptowi jej nie brak. Potem była RPA i Namibia, ale wciąż brakowało jej tego najprawdziwszego, dzikiego Czarnego Lądu – z wioskami murzyńskimi, ‘niepodrasowanymi’ dla turystów, w których chatynki ulepione z łajna, gliny i piachu są powszechnym widokiem, a dla roześmianych dzieci wyciągających ręce po wszystko, ujrzenie białego jest większą atrakcją, niż one same mogłyby być dla niego. Żeby zobaczyć takie miejsca, trzeba nieraz zboczyć z utartego szlaku i… nie bać się ‘obcego i nieznanego’. W niej takiego strachu nie ma i dlatego zrodził się w jej głowie pomysł i na Mali w sercu Afryki, i na Zimbabwe, i na Zambię z Zanzibarem, i na Tanzanię, i na parę innych afrykańskich ‘destynacji’.
W Afryce przeżyła przygodę swojego życia – spotkanie z najprawdziwszymi kanibalami, na innych kontynentach nie mniej fantastyczne atrakcje, zaspokajające jej oczy, duszę i… podniebienie, były jej udziałem. Zachwycona jest Indiami, Chinami i Meksykiem (uważa, że trzeba je koniecznie zobaczyć), na kolana rzuca ją Peru i Boliwia (zabytki, kultura i przyroda!), zauroczona jest rajskimi wyspami na ciepłych morzach i nie w mniejszym stopniu zafascynowana Dalekim Wschodem. Przez trzynaście lat ‘włóczykijowania się’ po świecie nie z jednego pieca chleb jadła i… przy nie jednym stole zasiadała. Były to i w miarę porządne restauracje, i garkuchnie w bocznych uliczkach azjatyckich miast. W tych ostatnich nadziać można było się na wszystko – ot choćby na smażone robale, węże, ruszające się galarety będące nie wiadomo czym, czy też śmierdzące jaja stuletnie.
Wrażeń i doświadczeń w niej mnóstwo. Spała w hotelach, motelach i pod namiotem – nieraz wespół zespół z pluskwami lub jakimiś gryzoniami typu myszki. Podróżowała jeepami i autobusami, pływała łodzią po afrykańskiej rzece. Głaskała i przytulała się do kajmanów, była w miejscach ‘witamy w piekle’… Wszystkie trudy warte były jednak tego, co zachowała w pamięci i przywiozła ze sobą do domu.
Globtroterzy! Ten odcinek Blatu należy obowiązkowo odsłuchać jeszcze raz. Wystarczy kliknąć TU.
|