 Smaków Maroka ciąg dalszy, a informacje z pierwszej ręki. Dzisiaj myśli i spostrzeżenia Pawła już uczesane, nie tak bardzo spontaniczne jak wczoraj, w takim samym jednak stopniu interesujące.
Co należałoby wiedzieć o tym egzotycznym kraju, zanim tam się pojedzie? W zasadzie wszystko może być ważne, w zależności od planu i charakteru podróży po tym kawałku Afryki. Przede wszystkim należy pamiętać, że Maroko jest bardzo tanie. Przebywając tam nie warto na czymkolwiek oszczędzać, bo z jednej strony nie ma na czym, z drugiej – wszystko kosztuje niemalże grosze. Można i głód z łatwością zaspokoić, i napić się czegoś - chłodzącego lub z promilami, oddać rozrywkom i przyjemnościom, ba - nawet nałogom (skatalogowanym według osobistych preferencji), pozwiedzać najciekawsze miejsca przemieszczając się tu i tam bajecznie tanimi taksówkami (petit taxis – zabierającymi trzy osoby lub grand taxis - dużymi mercedesami, do których może wsiąść nawet i sześć osób).
W Maroku widać niewiele śladów islamskiego fundamentalizmu. Weźmy taki alkohol. W tym muzułmańskim kraju prawo nie zabrania jego spożywania. Jest powszechnie dostępny i to w dość atrakcyjnych cenach. Hmm... to samo z haszem, ale tylko w sensie dostępności, bo jednakowoż to ziele uchodzi w Maroku za nielegalne. Należy przyznać, że niewiele zakazów dotyczy turystów. Im wszystko wolno, bo są bogaci i w tym biednym kraju zostawiają pieniądze. Turystki chodzą po ulicach wydekoltowane, ‘wyramiączkowane’, w kusych kieckach lub szortach. To nie Marokanki, które w większości spowite są w dżalabije (w nich nawet się kąpią) i inne szmatki, spod których widać zaledwie stopy, dłonie i oczy. No chyba, że są to zalotne les filles de la rue, których ten strój nie obowiązuje, mrużące oczy w stronę turystów i zachęcające do spędzenia z nimi czasu.
W Maroku jest gorąco, przynajmniej o tej porze roku i w tym miejscu, czyli w Agadirze – chociaż zdarzają się załamania pogody. Od żaru, jaki bije z marokańskiego nieba, uciec można do morza albo... do hotelu. W godzinach największego nasłonecznienia (12:00 – 16:00) plaża nie jest jednak zalecana. Wiedzą o tym tubylcy, którzy w tym czasie ‘sjestują’. Knajpy pustoszeją, ulice wyludniają się, sklepy są zamykane. Życie towarzyskie rozpoczyna się późnym popołudniem, a w zasadzie wieczorem. Ci, którzy nie lubią tłoku, w czasie sjesty mogą spokojnie zwiedzać sobie miasto, jeżdżąc po nim taksówką. W rolę przewodnika z przyjemnością wcieli się taksówkarz, z którym miło przy okazji można pogawędzić. W Agadirze jest co zobaczyć. Zwiedza się port, targ rybny, wjeżdża się na kazbę i do centre ville (nieturystyczna część miasta, w której toczy się normalne, marokańskie życie), spaceruje po ogrodzie botanicznym i ptasim ZOO, zagląda na suki. W Agadirze są dwa: turystyczny i dla tubylców.
Taksówkarz zawiezie także do salonu masażu olejkami arganowymi. Olej arganowy? Co to takiego? Hmm... to une spécialité marocaine - olej wyciskany z pestek owoców arganu, drzewa rosnącego wyłącznie w Maroku. Nie wiadomo, czy jest pochyłe, ale kozom nie straszne. Wskakują na nie i zajadają się tymi owocami. Olej arganowy, w smaku orzechowy, ma zastosowanie w kuchni, a także jako produkt kosmetyczny. Z tego co zostaje po wyciśnięciu z pestek, Berberowie robią coś w rodzaju mazidełka do pieczywa na śniadanie. Smakuje jak masło orzechowe, a nazywa się to amalou.
Olej arganowy należy obowiązkowo przywieźć ze sobą do kraju jako pamiątkę po urlopie w Maroku, a co poza nim? Na pewno wyroby rękodzieła – dywany, lampy, ceramikę (w tym tadżin). Wielką popularnością cieszą się wyroby ze skóry – torebki, paski czy inna spécialité du Maroc – kapcie z zadartymi noskami (babouches). Dobrym suwenirem będą także przyprawy.
Jutro penetracji marokańskich ciąg dalszy. Na tapecie będą kulinaria. Zapraszam. :)
Dzisiejszy odcinek audycji można oczywiście odsłuchać TU. |