Bez zbędnego rozwodzenia się: dzisiaj Reggau... miłosny, a dokładnie rzecz nazywając - o rastamańskich stosunkach damsko-męskich, jeśli można tak to ująć, powtarzając za Przemkiem Frankowskim. Och!
W takim nastroju i atmosferze, bo Dżadżyka trzyma od wczoraj uniesienie, jakiego doznał z powodu nastania maja, do którego to miesiąca z różnych powodów czuje wyjątkową miętę. Zresztą temat jako taki miał prawo zaistnieć (i dobrze, że zaistniał), bo tak jak każdemu innemu człowiekowi, także i rasta z krwi i kości nie są obce wzruszenia, większe i mniejsze uczucia i takie tam inszości – w sensie amory. A w tropiku, czyli na gorącej Jamajce, trafia się to szybciej i mocniej...
Koili i o miłości śpiewali znani i mniej znani. Na początku wybrzmiał utwór Boba Marleya Could You Be Loved, ale tym razem w wykonaniu Banda Du Sol rodem z Brazylii. Było to reggae w rytmie bossa novy, bardzo przyjemne dla ucha należy przyznać. Tuż za tym utworem zaprezentował się sam Mistrz w swojej najpiękniejszej chyba pieśni o stosunkach damsko-męskich, znanej wszem i wobec - czyli No Woman No Cry. Nie mogło zabraknąć I Jah Mana, którego muzyka przepełniona miłością zachwyca od lat (nie tylko Dżadżyka) oraz Burning Speara. Wybrzmiały kolejno: I Fell In Love (I Jah Man) oraz Tell Me, Tell Me (Płonąca Włocznia).
Pato Banton, ciemnoskóry Brytyjczyk uchodzący za jedną z ikon światowego reggae, artysta trochę zapomniany w Polsce, był kolejnym wykonawcą na AntyRadiowej scenie. Zaśpiewał o złym facecie i młodej dziewczynie (Bad Man And Woman). Poza nim, w dzisiejszym ‘koncercie’ swoją obecność zaznaczyli także: Bim Sherman - Don’t Crucify My Love, Izrael Vibration - You Never Gonna Hurt Me Again oraz Linval Thompson, który w utworze Marihuana informował, że lubi... zapalić sobie jointa.