Monograficznie, ale nie monotematycznie - w sensie techniki puszczanych utworów, było dzisiaj w Reggale.
Tym jednym zjawiskiem, któremu poświęcona była audycja, okazało się być trio, grające tradycyjne reggae – Israel Vibration. Cecil ‘Skeleton’ Spence, Albert ‘Apple’ Craig i Lascelle ‘Whiss’ Bulin wywodzą się z Kingston na Jamajce. Kapelę utworzyli w 1976 roku. Cała trójka była pacjentami ośrodka rehabilitacyjnego, do którego trafili po Haine-Medina. Już wtedy nosili dredy, już wtedy byli miłośnikami Boba Marleya. Niepełnosprawność ruchowa nie przeszkadzała im zupełnie w graniu i śpiewaniu – duchowo i emocjonalnie byli perfekcyjnie sprawni. Nie raz zaskakiwali publiczność udowadniając, że można występować o kulach (nawet podskakując przy ich pomocy) – tak jak podczas festiwalu w Berlinie, w 1996 roku, na którym śpiewał także jeden z Marleyów – Ziggy.
Israel Vibration należy do ścisłej czołówki ulubionych kapel reggae’owych naszego Rasty Jah Jah. Poznał ich osobiście podczas wspomnianego festiwalu berlińskiego i zachwycił się nimi. Dlaczego tak mocno zapadli mu w sercu i nie może (a nawet nie chce) od tego uczucia uwolnić się? Odpowiedź jest prosta - w ich muzyce jest to, co w reggae najpiękniejsze: zaangażowanie emocjonalne i przesłanie, jakie ta muzyka sobą niesie. Nie śpiewają o byle czym, a o sprawach istotnych, które w duszy człowieka zachodzą.
Co puścił Ja Jah? Zaczął od Strenght of My Life z płyty o tym samym tytule, a następnie: We A De Rasta (We Are The Rasta?), Why Worry, Reggae Rock’n’Roll, Live In Jah Love. Na zakończenie wybrzmiał kawałek dubowy – Strenght of My Dub.