Posłuchaj Antyradia: Warszawa / Kraków / Katowice Zapraszamy na AntyForum. Maj 25 2012 08:39:31
Nawigacja
Strona Główna
www.antyradio.pl
Ramówka
AntyForum
AntyGaleria
Encyklopedia
Plikownia
Redakcja
AntyPropaganda

Archiwum
Materiały specjalne
AntyFani
Antyradio
Konkursy
Recenzje płyt
Przepisy kulinarne

Antena
Koncerty Antyradia
Pobudzenie
Ostry Dyżur
Kasprologia
Odjechani
Makak
Gastrofaza
AntyWeekend
Turbo Top
Reggau
Punky Reggae Party
Wieczorne Rozmowy
Rzeźnia
El Konkursso
Losowa fotografia
Panel redaktora
Nazwa Użytkownika

Hasło



Slow (Food) AR Machina - 15.06.2007
Machina AntyradioW każdym radiu, przed głośnikiem radioodbiornika jest przynajmniej jeden uważny słuchacz. Ów słuchacz AR ma takie „wielkie ucho” i to ucho zarejestrowało, że wczoraj, Przemysław „Jah Jah” Frankowski zniknął dokładnie o 20:54, celem ujrzenia Type O Negative na koncercie w warszawskiej Stodole. Dziś Jah Jah ma markotną minę, bo czytając relację z wczorajszej audycji, wie, że wolałby zostać w studiu, niż gnać do Stodoły. 1:0 dla nas – rzekł Witold „Vito” Odrobina (który nota bene, dziś imienin nie obchodzi). Takiego rozczarowania jak wczorajszy koncert, Jah Jah dawno już nie doświadczył. Przypomniały się stare – z lat 80. i 90. – koncerty, gdzie atmosfera była znakomita. A teraz? Publiczność owszem, dopisała, ale zespół porzęził, porzęził, niewiele z tego było słychać, pozostał ogromny niedosyt i wrażenie atmosfery lekceważenia. Mimo wszystko Jah Jah ma nadzieję, że ten koncert to były pierwsze śliwki-robaczywki tego letniego sezonu koncertowego. W myśl zasady, że jak coś się kiepsko zaczyna, to się dobrze kończy.

Z cyklu „szybka przebieżka po kraju”, na początek Białystok. Miasto wojewódzkie i kluczowe, a jakże! Jak na takowe przystało, jest komenda wojewódzka, a w niej gabinet komendanta. W gabinecie, jak to w gabinecie – biureczko, to i owo oraz kwiat. Ale nie palma, tylko takie pokręcone drzewko japońskie – bonsai, warte około 5 tys. zł. Jah Jah jako miłośnik-amator bonsai, gwizdnął z uznaniem na wartość drzewka – to już nie przelewki. I to drzewko zniknęło (z komendy przypomnijmy)! Sprawa jest bardzo tajemnicza i długo była ukrywana, ale w końcu ujrzała światło dzienne. W toku śledztwa, pierwsze podejrzenie padło na elektryków, którzy coś tam naprawiali, ale szybko odpadli, bo prace remontowe trwały na strychu. Kolejną podejrzaną została pani sprzątaczka, która w trakcie przesłuchania zeznała, że o godzinie 6:30 widziała jak przed gabinet komendanta wojewódzkiego zakradł się naczelnik wydziału kryminalnego komendy i „zniknął” to drzewko. Nie został ukarany, bo jako wieloletni pracownik zbyt dużo wie o komendzie, a w trakcie znikania, właśnie się zmieniał komendant. I takim to sposobem, tajemnica drzewka trwa – u kryminalnego go nie ma, w komendzie go nie ma, (u Jah Jah też nie) sprzątaczka widziała, kary nie ma komu wymierzyć. A było paprotkę hodować...

Przenieśmy się do Opola, gdzie w MZK (Miejski Zakład Komunikacji) działa NSZZ „Solidarność. Ów związek, do niedawna miał swoją wiceprzewodnicząca – panią Grażynę, która wyleciała z roboty. Dlaczego? Bo poszła na zakupy w czasie pracy, ktoś ją na tych zakupach przyuważył, życzliwie doniósł prezesowi, a ten zwolnił. I teraz okazuje się, że ona jest ofiarą. Ofiarą zemsty prezesa; co jest o tyle ciekawe, że wg polskich przepisów, nie da się ot tak! wyrzucić związkowca. Tajemnicą pozostaje, cóż pani wiceprzewodnicząca kupowała – jedna z wersji donosi, że będąc w delegacji, szła na spotkanie regionalnego związku Solidarności i po drodze, wstąpił do sklepu celem nabycia drogą kupna środków higienicznych, do czego zmusiła ją sytuacja. I za to została zwolniona?! A to się prezes mści. Coś nam się wydaje, że pan prezes długo to już prezesem nie będzie, bo pani Grażyna z kolegami z NSZZ już oliwią ośkę taczki na której pana prezesa MZK wywiozą.

Krążymy po kraju dalej i spinamy klamrą te dwa wcześniejsze miasta. W Opolu, trenują Malwina i Aida. Trenują short track – znaczy łyżwiarkami są, na krótkim torze. Problem polega na tym, że nowy trener kadry narodowej nazywa się Jang He, jest Chińczykiem i na stałe pracuje w Białymstoku, a dziewczyny w Opolu. Sytuacja jest zdumiewająca i podbramkowa, bo dziewczyny chcą zostać... Bułgarkami!... To skomplikowana, międzynarodowa historia – trenerką Aidy i Malwiny jest Bułgarka, a szefem związku jest Chińczyk. Ale Chińczyk jest w Białymstoku, a one wszystkie trzy w Opolu i one by chciały do Bułgarii (do trójkąta). Z tą Bułgarką, ponieważ wierzą, że w Bułgarii będą w kadrze narodowej, a ten Chińczyk z Białegostoku blokuje im miejsce, dlatego, że one są w Opolu. A on w Białymstoku chociaż z Chin jest. Kto się nie pogubił oprócz Vita?

Na koniec powróciliśmy do wczorajszej informacji o kościele w Rzeszowie. Na razie nie ma sposobu na cichsze wstawanie „Zórz”, ale z pomocą rzeszowianom, przychodzi Bydgoszcz i parafianie z osiedla Wyżyny. Ci z kolei mają dzwonnicę, która codziennie, przez 5 minut bimba o godzinie 6, 12 i 18. Prośby, groźby, modlitwy i leżenie krzyżem nie pomogły, w związku z tym, parafianie jednogłośnie zadecydowali, że nie będą dawać na tacę. Niedziela coraz bliżej, na efekty chyba nie trzeba będzie długo czekać.  

Hedonistycznie się robi w te wakacje. Dzisiejszy temat sprowokowała wielka światowa sieć, z popkulturą kojarząca się jak mało co, chyba nawet bardziej niż Coca-Cola, która to sieć obchodzi w Polsce (okrągły) jubileusz 15-lecia. To właśnie wtedy, ustawiały się kolejki (!) głodnych Polaków, żeby zjeść bułę z serem, z mięsem zmielonym razem z budą i popić Coca-Colą. Okazuje się, że dziś takie firmy mają się w Polsce lepiej niż kiedykolwiek. Ale, że audycja nazywa się ANTYRADIO MACHINA, to Panowie prowadzący, jak zwykle poszli pod prąd (bo z prądem tylko śmieci) i... rozmawialiśmy dziś o SLOW FOODZIE, czyli zdrowym i smacznym jedzeniu.

Ekspertem, a zarazem gościem AR Machiny jest i był pan Sławek Wrzosiński.
Co to jest slow food i czym to się (nomen omen) je? To powolne delektowanie się dobrym jedzeniem, pochodzącym ze źródeł sprawdzonych, pewnych, tradycyjnych, takich, które są (w niektórych przypadkach od stuleci) produkowane z tych samych składników. Sprawdzony przepis, sprawdzony towar. To jedzenie rzeczy, które nie są przemysłowo produkowane, a pochodzą z tradycyjnych gospodarstw, od tradycyjnych producentów. Slowfood powstał w 1986 r., w opozycji do rozprzestrzeniającego się w sposób błyskawiczny fast foodu, a w Polsce funkcjonuje dopiero od paru lat i niewiele osób o nim wie. Potrzebna jest świadomość ludzi, że to, co jedzą, kształtuje i ich, i środowisko w którym żyją. Stajemy się tym, co jemy i pijemy, jednocześnie zmieniając środowisko tym, co wyrzucamy. Kłania się Marks i jego „byt kształtuje świadomość”. Panuje opinia, że takie jedzenie jest droższe. Owszem, ale zdrowie jest bezcenne, a jak się produkuje milion krów, karmi się je byle czym, to jasne, że to będzie tańsze, niż jak się produkuje mięso z krów karmionych odpowiednią paszą itd. Jaką mamy pewność, że to co kupujemy, rzeczywiście jest zdrowie i pochodzi „od chłopa”? Niestety żadnej.Czy własnoręcznie wyhodowany i wypielęgnowany we własnym ogródku (w zaciszu autostrady) ogórek, docelowo zakiszony, jest slow food czy nie? Na czym to polega? Nie jest, bo mówimy o żywności sprzedawanej, o produkcji komercyjnej. Ogórek wyhodowany przez nas samych, spełnia parametry slow food, ale nie jest taką żywnością; jest nią to, co możemy kupić w restauracjach, czy sklepach – produkcja na dużą skalę, ale nie przemysłową. Doskonałym tego przykładem jest szynka parmeńska, która jest jak najbardziej slow, spełnia wszystkie kryteria, a ponadto jest produktem narodowym. Jest to produkcja przemysłowa, bo produkuje się jej dość dużo, ale jeśli porównać z hamburgerami, to dość mało.Powstaje coraz więcej przepisów wg slow foodu. Sednem sprawy jest wiedza o dokładnym pochodzeniu każdego element produktu, który spożywamy. W Polsce jest jedno miejsce z certyfikatem slow food - w okolicach Ostródy – Wysoka Wieś. Otrzymanie takiego wyróżnienia nie jest łatwe i wiąże się z ogromnymi kosztami. Wymaga kilkuletniego utrzymania standardu, wielu badań laboratoryjnych, kontroli z macierzystej – włoskiego centrali. Gorsze niż ISO. Jakie mamy rodzime slow food produkty? Bezapelacyjnie oscypek i  klasycznie slow foodowa bryndza. Następnie żurek, który ma predyspozycje do bycia takowym - primo, jest lokalny; secundo, jest tradycyjny, od stuleci jedzony (nie mylić z wyrabiany!) tak samo i znany tylko w Polsce. Jak najbardziej nadaje się do rekomendacji na produkt slow, ale wymaga ustalenia jednej, zdecydowanej receptury. Tak jak szynkę parmeńską od stuleci (!) robi się wg ustalonej receptury i można być pewnym, że to dobry produkt. Z żurkiem jest ten kłopot, że produkuje się go z mąki (żytniej), w związku z czym, należałoby ustalić skąd ta mąka ma pochodzić, jak ma być produkowana. Dalej, casus kiszonego ogórka, na Zachodzie uważanego za zepsuty, a u nas ukochany. Są slow foodowe ogórki znad Narwii, robione w beczkach. Wędliny z Podkarpacia. Kiełbasy i szynki od wielu pokoleń robione wg jednej receptury. Wśród alkoholi – nalewki z Milanówka robione w kadziach z prawdziwych owoców czy śliwowica łącka. Nie są tanie, bo proces „nabierania mocy urzędowej” trwa przynajmniej rok. Co nas, Polaków wyróżnia na tle Europy, to bioróżnorodność. Tego nam Włosi zazdroszczą. Na każdym poletku hodowane jest co innego, to nasze pozorne wycofanie, okazuje się atutem, na którym powinniśmy sporo ugrać.  

Vito spędził sporo czasu na ulicach Warszawy próbując znaleźć fanów śmieciowego jedzenia... Niby nikt się w tego typu jadłodajniach nie stołuje, a firmy zarabiają miliony. Czy naród zwraca uwagę na to, co je? Młodzieniec zwraca, czyli jada schabowego, nie stroni też sałat, warzyw itd., czyli kuchnia polska, fusion, różne warianty, ale bez przesady. Natomiast starsza pani jest przeciwniczką tłustej kuchni. Tłuszczu nie lubi i nawet z gotującej się zupy go zbiera. Hamburgery, hot-dogi czy pizzę jada sporadycznie, ale za to chińszczyznę bardzo lubi. Ubolewa, że mąż nie i przyrządza ją tylko dla siebie. O chińszczyźnie Panowie zrobią kiedyś osobny program.  

Przy suto zastawionym stole (z jednej strony fast, z drugiej slow foodem) telefonicznie zasiadł gość, Szymon Konarski, pionier wdrażania fastfoodu w Polsce. Zapytaliśmy go („ustamy” Vita) jak z tą jakością jest? W sieciowych fast foodach właściciel musi mieć gwarancję standaryzacji produktu i po to tworzy procedury, które są wszędzie jednakowe i muszą być przestrzegane. Zarówno procedury jakościowe, jak i procedury przy przygotowywaniu posiłków. Co to oznacza? W pewnym sensie, każdemu się patrzy na ręce. Ponieważ sieć ma to do siebie, że ma taką strukturę terytorialną i nie można jej sterować centralnie, a więc z jednej strony rękojmią jakości są procedury i ludzie, którzy te procedury wdrażają i nadzorują, czyli np. przedstawiciele regionalni, którzy kartami sprawdzania jakości pojawiają się niespodziewanie w tych punktach terenowych i sprawdzają krok po kroku, w sposób uszeregowany, wszystko, co daje gwarancję, że ten posiłek rzeczywiście jest wszędzie jednakowy. Takie sieciowe UB.  Działa w imieniu klienta (i właściciela), aby mieć gwarancję, że we wszystkich miejscach, niezależnie w którym miejscu Polski, dana rzecz wygląda tak samo, smakuje tak samo i ma taką samą gwarancję jakości. Skąd się te produkty bierze? – zapytaliśmy tym razem „ustamy” Jah Jah.  Przecież nie sprowadza się do  Gdańska towarów z Zakopanego; korzysta się z lokalnych producentów, a skoro tak, to na jakiej zasadzie dobiera się odpowiednie produkty do tych towarów? Aby zachować tę standaryzację przy sieciowej, a jednocześnie terenowej strukturze, idzie się na pewne ustępstwa. I jeżeli da się zapewnić towar u jednego kupca i rozwieźć go wynajętą, zewnętrzną firmą, specjalnymi chłodniami, ten sam towar od tego samego producenta wszędzie po całej Polsce, to z punktu widzenia kontroli, standaryzacji, jest to dobre. Natomiast żeby ten towar przejechał z jednego końca kraju na drugi, a często się tak dzieje, to musi być albo mrożony, albo musi uwzględniać jakie składniki zawiera. Dopuszcza się czasem zaopatrywanie na lokalnych rynkach, w pizzerii, dopuszczalne jest kupowanie np. mąki lokalnie, oczywiście po akceptacji centrali. Ale są inne sieci, które w imię standaryzacji, robią w ten sposób, że stawiają ogromną fabrykę w centrum kraju, gdzie ciasto jest produkowane i w formie kul zamrożonego ciasta, jest dystrybuowane po wszystkich restauracjach w Polsce. Tam zostaje rozpakowane, rozmrożone i wtedy już przy kliencie zostaje rozwałkowywane – klient oczywiście ma wrażenie, że pizza powstaje na jego oczach. A to pizza po dużym przebiegu jest. ;) 
 
W niekończącym się cyklu „Tysiąc pytań, do tysiąca fachowców”, Robert Makłowicz i pytanie o jego preferencje – co mu jest bliższe? Oczywiście, jak można się było spodziewać, po tysiąckroć bliższe mu jest slow, które dla niego oznacza tyle, że coś jest robione starannie, z bardzo dobrych produktów. Np. włoskie spaghetti z domowo wytwarzanego makaronu, z dobrym czosnkiem, z doskonałą oliwą z pierwszego tłoczenia (olej rzepakowy zdrowszy), z papryczkami, posypane odpowiednim serem, to też się zalicza do kategorii slow, chociaż przyrządza się w 10 minut. Jeśli rozumiemy słowo fast tylko jako szybkie, to wyżej wymienione spaghetti, mimo że składnikowo zalicza się do kategorii slow, jeśli chodzi o tempo przygotowania zalicza się do kategorii fast. Udało się „wyżebrać” mini przepis na domowego hamburgera, który byłby w miarę slow. Trzeba kupić niemrożone mięso, samemu je zmielić, odpowiednio przyprawić; kupić odpowiednie pieczywo; dodać własnoręcznie posiekane jarzyny i już mamy pięć razy lepszego hamburgera, ale jak wiadomo, nie o to w tych sieciach chodzi. A o to, żeby w sposób maksymalnie szybkim czasie obsłużyć klienta, podając mu coś, co wymaga jak najmniej skomplikowanego przygotowania. Oczywiście z założenia jest to antyteza kulinarna, choć Robert Makłowicz nie jest ortodoksyjnym przeciwnikiem fast foodów. Rozumie, że na całym świecie są miejsca, gdzie nie ma alternatywy i zdaje się, że tylko Verdi przemierzał świat i jak nie znalazł niczego godnego swego podniebienia, to nie jadł i parę razy był na progu śmierci głodowej. Normalny człowiek jednak czasami musi z czegoś takiego skorzystać.
Może nie wyglądam, ale czasami też czuję się jak Verdi, w niektórych miejscach na świcie – powiedział Jah Jah.  

O 21:50 Wito spakował swoje zabawki, zostawiając czystym miejsce pracy i udał się na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Jeszcze tylko zacytował jedną ze słuchaczek, która wraz z pewną gazetą robiła porównanie cen zakupów „tradycyjnych” i tych zdrowych i wyszło, że niewiele więcej, za to korzyści zdrowotne nieporównywalne i ona sama woli mleczny bar albo „pierogarniu” albo tradycyjny polish food niż fast food. Tym optymistycznym akcentem życzymy Wam zdrowia, szczęścia i słodyczy. Polska młodzież jada polskie jedzenie. Miłego weekendu.


Od nowego tygodnia, AR Machina o nowej porze (7-10)! Nie prześpijcie!

Sponsorzy
Facebook
Ostatnio na AntyForum
Tytuł Piosenki
22.06, Łazy - Jura Rock Festiwal 2012.
260. Notowanie Turbo Top (20)
Niezła Kaszana, Czyli Potrawa Ironicz...
6.06, Warszawa - Moving Mountains (in...
3.07, Warszawa - Rosetta (art Metal) ...
259. Notowanie Turbo Top (20)
30.05 Ił-62, Human Rights, Tupolev Di...
23.05 Grindcore Night - Noc Świniaka ...
27.05 Circle Waves + Show More Tits +...
17.05 Jucifer (us) + Thaw (pl) Warsza...
Kiedyś to było Antyradio...
Noc Nirvany Koncert + After 26.05.2012.
258. Notowanie Turbo Top (20)
Z Rzeczy Smutnych...
Przemek Frankowski - Radiowiec
14.05, Warszawa - The American Dollar...
257. Notowanie Turbo Top (20)
Gastrofaza 2.0.
Poznań, Koncert Blast Rites, Promo Gi...
Sonda
Antyradio...

Kocham

Lubię

Szanuję