Dzisiaj na polankę w Puszczy Kampinoskiej dał sie zaprosić... śpiewający parlamentarzysta. Jak się okazuje, wśród senatorów są i tacy, którzy śpiewają zawodowo, nie tylko przy goleniu.
Rzecz o Krzysztofie Cugowskim, który był gościem Tomka w środowym wydaniu letniego kina Antyradia. O muzyce, a przede wszystkim o rocku, wie dużo i chociaż nie epatuje tą wiedzą na co dzień, z przyjemnością - ot tak, mimochodem - podzielił się nią ze słuchaczami, prezentując przy okazji swoje ulubione kawałki. Muzykolog, rockman i frontman zespołu Budka Suflera – wszystko w jednym, uprawia muzykę od wielu lat. Przygotowany do wykonywania zawodu jest jest raczej dobrze – w końcu jest absolwentem szkoły muzycznej w Lublinie, skąd pochodzi. Na życzenie rodziców miał zostać pianistą - stąd uczył się w klasie fortepianu, a przez przypadek stał się wokalistą i to w dodatku posiadającym jeden z bardziej rozpoznawalnych, kultowych głosów na polskiej scenie muzycznej.
Śpiewać zaczął... na koloniach, ale to nie Rudy rydz przyniósł mu największy sukces. Na tenże musiał poczekać parę lat i wyśpiewać razem z Budką Suflera – formacją muzyczną, która urodziła się w jego mieszkaniu w 1969 roku i która gra do dziś. Zakładał ją m.in. razem z Romualdem Lipko, kolegą z ławy szkolnej, z którym zna się już pięćdziesiąt lat. Zespołowi dobrze szło i praktycznie zawsze miał tzw. wdzięczną publiczność.
Od wieku nastoletniego datują się pierwsze fascynacje muzyczne Krzysztofa Cugowskiego. Jest konsekwentny w swoim guście i to, co spodobało mu się kilkadziesiąt lat temu, lubi do dziś. Nie trudno się domyślić, że jest to głównie muzyka lat sześćdziesiątych. W swoim życiu zaliczył wiele koncertów muzycznych swoich idoli, wysłuchiwał ich w kraju i za granicą, na żywo i z odtwarzacza. Tak było w przypadku Milesa Davisa, The Rolling Stones, Tower of Power, The Animals, The Cream. Do dziś pamięta, że aby móc uczestniczyć w niezapomnianym, pierwszym koncercie Kamyków w Polsce w 1967 roku, będącym niesamowitym wydarzeniem dla peerelowskiej rzeczywistości... sprzedał dwie srebrne łyżeczki, stanowiące zasoby domowe rodziców. Płyty zbierał i zbiera nadal, ale majątku na nie nie wydał. Nic dziwnego, zbiera w zasadzie tylko to co lubi, a ponieważ ta muzyka jest już w defensywie, nie można jego zbieractwa określić mianem nadmiernego szaleństwa.
Do słuchania podczas pikniku rekomendował głównie rhythm and bluesa i rocka. Wybrzmiały m.in. pieśni: The Beatles (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band), The Rolling Stones (Rubby Tuesday), The Beach Boys (Good Vibrations), Erica Burdona (Bring Me Down), The Artwoods (Down In The Valley, Can You Hear Me), The Troggs (Wild Thing), The Yardbirds (Heart Full Of Soul, Shapes Of Things), The Cream (Sunshine of Your Love) oraz parę innych, w tym Led Zeppelin, którą to kapelę Krzysztof Cugowski uznaje za największe osiągnięcie brytyjskiego rocka.