 Jest wręcz niemożliwe, aby znalazła się taka osoba, której nie przyszłoby przynajmniej raz w życiu spędzić nocy poza domem. Nie we własnym łóżku, a przytulając się do jaśka i śniąc kolorowo w hotelu lub innym przybytku tego rodzaju – hostelu, schronisku, akademiku czy też pokoju gościnnym z całodobowym dostępem do jego gospodarza.
Wiadomo, że jak jest się bardzo młodym - a co za tym idzie mało wymagającym - to można przespać się byle gdzie i zawsze będzie bardzo O.K. Nawet na przysłowiowym kamieniu, przykrywszy się przysłowiową drabiną, albo też na ławce w parku. Może to być nowojorski Central Park (taki ekscentryczny przypadek znany jest akurat biesiadnikom stołu z powyłamywanymi nogami), może być każdy inny. A tak naprawdę, gdzie najlepiej po dniu pełnym atrakcji wyciągnąć zmęczone nożyny, żeby nabrać sił przed wyzwaniami jutra? Wydaje się to niejako oczywiste, że większość pytanych opowiedziałaby się za hotelem, a jakim - to zależałoby już wyłącznie od zasobności portfela. Wybór takich ‘sypialni’ jest duży - począwszy od jednogwiazdkowych, bardzo skromnie wyposażonych w niezbędne przedmioty i urządzenia, a na ociekających złotem apartamentach w siedmiogwiazdkowcach (w takim Dubaju chociażby) skończywszy.
Kategorię hotelu określają gwiazdki. Im ich więcej, tym kategoria wyższa i lepszy jego standard, a to już wpływa na finanse, jakie należy wyłożyć za spędzoną w nim noc. Zdecydowanie tańsze są hostele, ale nic dziwnego. Łóżek w pokoju takiej ‘sypialni’ jest zazwyczaj więcej niż w pokoju hotelowym (czytaj: więcej niż jedno) i dlatego ustawione są piętrowo – to po pierwsze, a po drugie – hostel rządzi się swoimi prawami. W nim minimalizm jest zamierzony. Tutaj nie ma i nie może być takich wygód jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Jest zdecydowanie skromniej, co wcale nie oznacza, że mniej wygodnie.
Dzisiejszy odcinek stołu z powyłamywanymi nogami był wyjątkowo przyjazny dla globtroterów wszelakiego rodzaju, szczególnie tych zamierzających przyjechać na dzień lub dwa do stolicy pięknego kraju nadwiślańskiego. Powód wyjątkowości? Goście, którzy odwiedzili studio AR przy Żurawiej. Byli nimi Kasia i Konrad Mąkosa, właściciele hostelu Wilson na warszawskim Żoliborzu (KLIK), który zaistniał na hotelowej mapie miasta zaledwie parę miesięcy temu - w październiku ubiegłego roku. Niejedna gwiazda wtorkowych koncertów w Hard Rock Cafe to miejsce już zna i bardzo sobie chwali, ale o nich ciiicho-sza!
Z czym - poza wygodą, przemiłą atmosferą i serdecznością właścicieli - może zetknąć się turysta, który zdecyduje się spędzić noc w Wilsonie? Co jest w tym hostelu, czego nie ma w żadnym innym polskim przybytku tego rodzaju? Wyjaśnienie sprawy całej jest proste: to kapsuły zwane ‘trumniakami’, czyli malusieńkie ‘pokoje’ jednoosobowe, będące praktycznie obudowanymi łóżkami ustawionymi piętrowo, znane wszem i wobec na świecie jako japoński patent dla zapracowanych Japończyków - albo na krótki odpoczynek, albo wręcz na całą noc, gdy ostatni pociąg do domu dawno odjechał. Wilson jest pierwszym hostelem w Polsce, który wpadł na pomysł wprowadzenia takiego rozwiązania, nie rezygnując oczywiście z tradycyjnych łóżek.
Poza spankiem w klimatyzowanej kapsule z samowyłączającym się i nienagrzewającym pomieszczenia oświetleniem, goście korzystają z innych nowoczesnych udogodnień, jak chociażby z karty magnetycznej do otwierania drzwi zewnętrznych i drzwi pokoju (ta sama upora się z oboma ‘zamkami’) czy z kranów oszczędzających wodę, posiadających wylewką prysznicową, na ‘której nie można się powiesić’. A wszystko to za przystępną kasę, niedaleko centrum Warszawy, w ładnym zielonym otoczeniu.
Nagranie dzisiejszego Blatu zamieszczone jest TU. |