Jest takie miejsce na warszawskim Bemowie, bardzo elitarne zresztą, gdzie kultywuje się kuchnię staropolską.
Ta ostoja staropolszczyzny – w wymiarze smaku, tradycji i klimatu, powstała parę lat temu, ale dopiero od niedawna można tam pójść i zjeść niejako... bez przeszkód. Przedtem było to miejsce spotkań klubowych, bardzo elitarne, niejako zamknięte dla niewtajemniczonych i najzwyklejszych ze zwykłych. Niełatwo było się tam dostać – należało mieć rekomendacje i referencje co najmniej dwóch osób. Spotykała się w nim... elita (oczywiście, że nie polityczna), osoby wyjątkowe, o bardzo wysokiej kulturze, których przodkowie niejednokrotnie przegrywali swoje majątki w karty, ale mogli z dumą o sobie powiedzieć, że należeli do mniej lub bardziej zubożałej szlachty lub arystokracji. Pardon... bon ton... chapeau bas...
Rzecz o Krasnodworze, warszawskiej restauracji, która przez wiele lat owiana była nutą niedopowiedzenia i tajemnicy. Dwaj jej przedstawiciele – Mariusz Krawczyk (mąż swojej żony, szyja głowy... właścicielki) i Marcin Soból (szef kuchni) byli gośćmi Pawła w piątkowej Gastrofazie.
Poczta pantoflowa, marketing szeptany – jak to zwał, tak zwał – zrobiły swoje. Po latach użyczania swoich podwoi tylko i wyłącznie wybranym, obiekt (bo tak w zasadzie należałoby mówić o Krasnodworze) otworzył się na zwykłych śmiertelników i uchylił szczelnie zamknięte drzwi. Siedzibą Mazowieckiej Loży Kawalerów Bractwa Wawelskiego Dzwonu Spiżowego, której ‘centrala’ znajduje się w pałacu w Paszkówce koło Krakowa, pozostał w dalszym ciągu. To właśnie w Krasnodworze są organizowane oficjalne zgromadzenia ‘mazowieckiego oddziału’ Loży, której kawalerem jest... małżonka gościa Pawła, oficjalna właścicielka tego przybytku.
Specjalnością i podstawą działalności krasnodworskiej kuchni jest dziczyzna. Dania z tej dzikiej świni, przygotowywane na różne sposoby, są w codziennej karcie restauracji. Jednak popularnością cieszy się nie tylko dzik w różnych postaciach, będący – co tu ukrywać – jej specialitè de la maison. Powodów do dumy jest więcej, ot chociażby kaczka - serwowana tutaj na 180 sposobów, czy też sarna, zając, królik. W restauracji wszystko robią sami, nawet samodzielnie wypiekają nieraz chleb. Sztandarowym deserem jest w Krasnodworze wykwintny tort bezowy pod sosem truskawkowym – jedynie odrobinę podrasowany na staropolski (z kremem na bazie serka mascarpone, aromatyzowanego kawą), ale poza tym odstępstwem trzymający się znanych przed laty receptur. Musi być smakowity, gdyż nie ma takiej opcji, aby merynga z kremem kawowym mogła nie być znakomita w smaku.
W Krasnodworze przez cały rok coś się dzieje, organizowane są cyklicznie różne imprezy, nie tylko rauty, bankiety i koncerty kameralne (na dwie harfy). Zapraszani są na nie wszyscy, mniej lub bardziej wielcy. Wolne chwile, w pięknym otoczeniu trzech rezerwatów przyrody, mogą spędzić tu miłośnicy coraz bardziej popularnej w Polsce gry w boules (znanej także pod nazwą petanque lub bocce), strzelający rekreacyjnie z łuku lub rzucający dla przyjemności lotkami (dartami). Organizowane są tu także imprezy wybitnie kulinarne – ‘pyraday’ na zakończenie sezonu letniego (w tym roku będzie to w najbliższą niedzielę, 7 października), chwaląca wielkość pospolitego do bólu ziemniaka, który tego dnia podawany jest na dziesiątki sposobów, wieczór francuski z beaujolais nouveau, a także inne - andrzejki dla Andrzejów czy imprezy mikołajkowe dla dzieci w okolicy świąt Bożego Narodzenia.
Krasnodwór karmi i bawi. To tylko parę kilometrów od centrum Warszawy i – co najważniejsze – nie trzeba kupować szlachectwa, ani być zubożałym arystokratą, aby móc przyjechać tu posmakować staropolszczyzny i poczuć atmosferę minionych lat.