Jak by na to nie patrzeć, jedzenie to bardzo prozaiczna czynność. W zasadzie – lub może przede wszystkim – ma zaspokoić głód i być tym samym większą lub mniejszą ucztą dla żołądka. To pewne i nie ulega wątpliwości. Ale nie tylko. Jest także niezaprzeczalną przyjemnością dla ludzkich zmysłów. Wszystkie – poza słuchem – są zaangażowane w ‘odbiór’ tego, co zalega na talerzu. Jedzenie zaspokaja jednocześnie i węch, i wzrok, i smak.
Miło jest oglądać piękne foty jedzenia, prawda? W zdecydowanej większości przypadków są one dziełem ludzi, którzy wykazują żywotne zainteresowanie zarówno samym szamankiem, jak i jego wyglądem. To styliści wytworów kulinarnych, którzy potrafią w taki sposób przygotować i podać małe co nieco, że człowiek – jako istota ułomna, ulegająca pokusom, nie potrafiąca odmówić swojemu podniebieniu – drży i pożąda. Stylisty i jedzenia przez niego podanego.
Dzisiaj jedna z takich kusicielek była gościem Pawła. Oto Maryla Musidłowska, znana niektórym jako Mammaryla, na co dzień dziennikarka i pasjonatka scenografii kulinarnej, felietonistka pisząca na temat jedzenia dla magazynu Elle i paru innych jeszcze. Znana jest także doskonale widzom Kuchni.tv, pierwszego kanału kulinarnego w Polsce. Występuje w nim z dwóch stron kamery – jako prowadząca programy, w których mówi ludziom co warto sobie upichcić oraz jako scenarzystka, a ostatnio jako reżyser. W każdym z tych przypadków – bez względu na to, czy w świetle kamer, czy z ich boku – czuje się jak ryba w wodzie. Poza dobrym samopoczuciem, daje jej to ogromną radość. Na marginesie drobna informacja. Otóż, tak się złożyło, że ten pełen smaków kanał stał się pewnym wspólnym podwórkiem dla obojga – Pawła i jego dzisiejszej gościówy, ale szczegóły… w stosownym czasie. Na pewno nie teraz, panie Janie kochany, nie teraz.
Nie teraz, bo trzeba przejść ‘do adremu’, będącego clou dzisiejszego programu. Zasadniczo, pobieżnie było nim jedzenie jako takie, z pewnym naciskiem na sens jego stylizacji – mając na uwadze osobę gościa. O tym właśnie dużo było przy stole nóżek pozbawionym. I żeby nie było, że podczas rozmowy Pawła z gościem zawsze jest ‘słodko’, że lukier się leje strumieniami i odchodzi wzajemne spijanie sobie z dzióbków – dzisiaj była drobna (ach!) sprzeczka.
Poszło właśnie o stylizowanie jedzenia – jego sens w ogóle, o dodawanie niejadalnych zastępników do fotografii kulinarnych po to tylko, żeby wyglądały lepiej niż smakują. Paweł stoi na stanowisku, że coś musi smakować, mimo że jest ot tylko wystylizowane, a Mammaryla będąc w opozycji uważa, że fotografia jedzenia jest po prostu najnormalniejszym w świecie papierem i nie ma nic wspólnego ze smakiem. Że tego co na zdjątku się nie je, że ma to tylko pobudzić wyobraźnię, uruchomić węch i wyzwolić w człowieku niczym niepohamowaną chęć jedzenia.
Tę prozaiczną czynność, która dla wielu nie jest jednak zwykłym zaspokojeniem głodu postrzega w różny sposób i każdy z nich jest dla niej innym światem. Rozróżnia jedzenie na fotografii, jedzenie telewizyjne (czyli gotowanie na ekranie) - najbliższe prawdziwemu, jedzenie kuchenne. Dostrzega jeszcze jedzenie w restauracjach, jedzenie jako formę wyodrębnienia się kulturowego, czy jedzenie jako sposób na to, żeby pokazać się, że jest się kimś lepszym.
Wystylizowane papu podaje synowi (zbuntowanemu nastolatkowi), serwuje także swojej psinie. Czworonożny, chociaż jest wszystkożerny (zjada chociażby nieudane eksperymenty kulinarne swojej pani), to doskonale wie, co jest dobre i ‘dopracowane’, a co pójściem po najmniejszej linii oporu. Za prozaiczną karmę z puszki, bez stylizacji, potrafi się odwdzięczyć… o łaaa… bąkami. Puszcza je bez względu na to, w towarzystwie kogo akurat znalazł się. Dzisiaj padło na redaktora AR...
Chcesz odsłuchać audycję ponownie? Nie ma sprawy. Dzisiejszy pełen smaku i zapachu odcinek Blatu został nagrany i wkrótce będzie możliwy do odtworzenia. Trzeba tylko wejść TU.