A dzisiaj w Gastrofazie kuchnia japońska, a w zasadzie najpopularniejsze jej danie - sushi. Stało się ono bohaterem czwartkowej audycji za sprawą gościa Pawła, o którym mówi się, że jest jednym z najsłynniejszych sushi-masterów w Warszawie.
Był nim Adrian Budziński z warszawskiej restauracji Tomo Sushi przy ul. Kruczej, specjalizującej się w smakołykach Kraju Kwitnącej Wiśni. Knajpa działa już (a może dopiero) trzy lata i coraz bardziej przyciąga do siebie większych i mniejszych tego świata. Nie jest tania, należy do restauracji ekskluzywnych, stąd jej bywalcami są przede wszystkim ludzie show-biznesu, Bardzo Ważne Osoby, często gęsto jednostki ze skłonnościami snobistycznymi, no i inni - generalnie ci, którym portfel na to pozwala. Przyciąga kuchnia, czyli jedzenie oraz oryginalny wystrój i aranżacja wnętrza knajpy z sushi-barem w roli głównej, którego atrakcją są łódeczki z pływającymi talerzykami pełnymi sushi, sashimi, maków, nigiri, futo i innych smakołyków. Ich nazwy wymieni z łatwością każdy miłośnik japońskiego jedzenia (dla niektórych ta japońszczyzna to istna... chińszczyzna).
Adrian Budziński kieruje w knajpie sushi-manami, którzy z ryb, małży, mięczaków, grzybów, glonów, specjalnie przygotowanego ryżu, a nawet kaczki, zawiną w dosłownie dwie minuty sushi lub sashimi, a w kilka chwil więcej przyrządzą tempurę. Wyróżnia się wśród nich bordowym kubraczkiem, co oznacza, że jest sushi-masterem, chociaż sam odżegnuje się od tego terminu nie będąc Japończykiem (ponoć tylko dla nich jest zarezerwowany). Nauczył się robić sushi już dawno, od innych, z którymi pracował w restauracji, bo w szkole gastronomicznej, do której chodził nie uczono, jak robić zawijańce ryby z ryżem lub ryżem i glonami.
Czego potrzebuje szanujący się sushi-master dla zrobienia tego japońskiego przysmaku? Przede wszystkim znakomitego noża - najlepiej japońskiej firmy Masamoto, która produkuje noże tą samą technologią, co niegdyś wytwarzało się katany. Ma być ciężki i dobrze naostrzony. Poza nożem potrzebuje maty, dobrej deski do krojenia (sprawdzają się te z tworzywa sztucznego, gdyż łatwo utrzymać je w czystości), miseczki z wodą i różnorodnych produktów. Do Tomo Sushi sprowadza się je nawet z Kamczatki, Alaski czy też Sri Lanki.
W japońskiej restauracji, w której mistrzem od sushi jest Adrian Budziński - robiący je takie dobre, że aż strach - usatysfakcjonowani będą także wegetarianie. Dla nich też coś się znajdzie, nie tylko kiszona rzepa, sfermentowana soja (nie mająca prawdę powiedziawszy wielu fanów ze względu na swój wygląd i... bardzo nieciekawy zapach... po prostu smród, chociaż podobno jest baaardzo zdrowa i pozwala trawić bez przerywania snu), glony w sałatkach, tofu czy zupa miso. Jedni i drudzy - mięsożercy (rybożercy) i wegetarianie mogą oczywiście napić się tu prawdziwej japońskiej zielonej herbaty - sencha, genmaicha, hojicha. Jest ona niemalże obowiązkowa do popijania sushi - na równi ze wspomnianą miso (zupą z glonów). Zawijańce można także popijać sake lub winem - według smaku i gustu, co kto woli.
Słowo 'tomo' z nazwy restauracji oznacza w języku japońskim 'przyjaciela', 'kogoś, z kim warto spędzić czas'. Hmm... Może w tym jest jakaś myśl. Może warto spróbować sushi albo innych dań kuchni japońskiej w restauracji Tomo Sushi. Z przyjacielem przy stole zawsze miło spędza się czas. :)
Dzisiejsza Gastrofaza możliwa jest do odsłuchania TU. Wystarczy kliknąć.