Dzisiaj pełna kultura przy stole z powyłamywanymi nogami. Aniołkom Pawła trafił się aktor z krwi i kości, udzielający się na deskach teatralnych i na scenie telewizyjnej, który także z taśmą celuloidową jest zaprzyjaźniony – hmm… nawet niemiecką, chociaż prawdę powiedziawszy na wielkim, srebrnym ekranie nie za dużo go można dostrzec. Jak do tej pory, bo przecież wszystko jeszcze przed nim. Czterdzieści lat na karku - jakie ma, to nic dla aktora. Lubi swój zawód, lubi sprawdzać się w różnych okolicznościach i sytuacjach (wielostronność rozwija!), nie boi się nowych wyzwań. Zamierza dawać z siebie wszystko, nawet bez potrzeby szukania przygód w wyśnionym przez niektórych Hollywood.
Szerokiej publiczności Wojciech Kalarus – dzisiejszy gość Blatu, najbardziej znany jest z tasiemca Złotopolscy, w którym gra wiejskiego policjanta Ryszarda Froteckiego. Stała rola w serialu telewizyjnym to niezły pomysł dla aktora – jak sam twierdzi. Daje poczucie bezpieczeństwa i coś w rodzaju ‘zaczepienia się’. W takim samym stopniu (jak nie większym) zaskarbił sobie ogromną sympatię, przychylność i uznanie wśród oglądaczy show Szymona Majewskiego. Tam z kolei miał wiele ról do odegrania. Robił już za Rokitę, Cymańskiego, Wierzejskiego, Cejrowskiego a nawet Wiśniewskiego. Pracuje nad nowymi postaciami, przygotowując się do kolejnego sezonu u boku prześmiewcy, ale nie chciał uchylić rąbka tajemnicy, kogo będzie tym razem parodiował. Może i dobrze, większa to będzie niespodzianka dla sympatyków programu.
Na pierwszym miejscu stawia teatr i… tego się konsekwentnie trzyma. W Melpomenie zakochał się stosunkowo wcześnie, gdy jako lekuchno zbuntowany młodzian, z długim włosem na głowie i z gitarą w garści, wyruszył z rodzinnego Będzina do Gdyni szkolić się wokalnie i aktorsko w przezacnej akademii Danuty Baduszkowej. Potem były inne szkoły teatralne – najpierw warszawska, z której wyleciał z hukiem (jako zdolny niesamowicie, ale… nieuczęszczający na zajęcia), a następnie krakowska, której został dumnym absolwentem. W swoim życiu zaliczył parę teatrów w różnych zakątkach pięknego kraju nadwiślańskiego (w Gdyni wszystko się zaczęło – i teatr się zaczął, i miłość się zaczęła...), a życie na walizkach nie jest mu obce. Teraz mieszka i działa przede wszystkim w Warszawie (udziela się w Teatrze Nowym i Teatrze Komedia), ale do Krakowa też jeździ. Niekoniecznie po to, aby pospacerować po Plantach i spróbować bajgla.
Wojciech Kalarus to taki typowy… skromny pracownik winnicy Pana. Dobry, uczciwy, pracowity, niemający zaległości podatkowych, ale mnóstwo zdrowych zasad życiowych w zamian. Dużo w nim aktorskiej pokory, którą przysposobił sobie po dostaniu w tyłek i doświadczeniu kubła zimnej wody na głowie po chwilowym zachłyśnięciu się sławą... a może zaledwie upojeniu się wrażeniem większej rozpoznawalności, która - nie ma co ukrywać - też jest miłym odczuciem dla aktora. Było to kilkanaście lat temu, kiedy to przyszło mu grać u boku słynnego reżysera w sztuce obsypanej nagrodami i pokazywanej w świecie (za żywe dolary), gdy nie był jeszcze adeptem sztuki aktorskiej, a o tym zawodzie po prostu tylko marzył. Wydawało mu się wtedy, że Pana Boga za nogi złapał, że już jest wielki, ale… życie wyprostowało jego mylne wyobrażenia. I brawo, Jasiu! I tak trzymać! Normalność od dawien dawna jest w cenie.
Zapis przesympatycznego spotkania ze wspaniałym aktorem jest oczywiście możliwy do odtworzenia. Wystarczy kliknąć TU.