Kulinaria bardzo kochają, a miłość tę wynieśli z domu rodzinnego. Można by powiedzieć, że są uzależnieni od gotowania, będąc ku temu niejako uwarunkowani genetycznie. Zamiłowanie do ‘mieszania w garach’ i fascynacje kulinarne wyssali z mlekiem... ojca, a poczucie smaku jest im wrodzone. Mają je po prostu w genach. Kuchnia, będąca świadkiem wielu wydarzeń (kulinarnych), już od lat musi być chyba dla nich najsympatyczniejszym i wywołującym najmilsze skojarzenia miejscem w domu. Takim, gdzie najwięcej spędza się czasu, ale robi się to z ogromną przyjemnością, bo lubi się w niej przebywać i... działać.
O kim mowa? Ano o Kuroniach - Janie Jakubie Kuroniu (rocznik 1983) i jego młodszym o półtora roku bracie Jakubie Janie Kuroniu (rocznik 1985), synach zmarłego niespodziewanie w grudniu ubiegłego roku Macieja Kuronia. Oni to właśnie byli dzisiaj gośćmi Pawła w postmodernistycznym paśmie poszukiwaczy przygód. Przyszli, żeby opowiedzieć o kulinarnych tradycjach rodzinnych i swoich zamierzeniach na przyszłość. Jedne i drugie są duże.
O ile ich sławny dziadek, będący swojego czasu pomysłodawcą ‘kuroniówki’ - kultowej zupy, rozdawanej za darmo na ulicach Warszawy najbiedniejszym jej mieszkańcom, nie potrafił podobno przyrządzić samodzielnie niczego do jedzenia poza jajecznicą (bo herbata przecież się nie liczy), to ich ojciec nadrobił ten brak umiejętności z nawiązką. Jemu sztuka kulinarna nie była obca, potrafił i lubił gotować. Swoje umiejętności i pomysły na smaczne życie chętnie pokazywał w telewizji, opowiadał o nich w radiu i na eventach kulinarnych, organizowanych często i gęsto w całym kraju nadwiślańskim, a także opisywał w książkach. Od paru sezonów, obaj bracia jeździli razem ze swoim sławnym ojcem po Polsce, by edukować kulinarnie naród. Jeździli, ale tak naprawdę uczyli się sami, praktykując i ćwicząc pod jego bacznym okiem ‘kuroniową’ teorię.
Teraz, gdy ojciec odszedł, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce, a na swoje barki... nie lada wyzwanie – trudne, wymagające konkretnej wiedzy i umiejętności, będące sprawdzianem odporności... cokolwiek pod nią kryłoby się, ale jednocześnie przyjemne i dające satysfakcję. W czym rzecz? Otóż bracia Kuronie odczuwają potrzebę i pociąg do kontynuowania kulinarnych tradycji rodzinnych, które hołubił ich ojciec. Chcą, aby Kuroniowie zawsze z jedzeniem kojarzyli się. Nic dziwnego, w końcu co by nie mówić, nazwisko zobowiązuje...
Sławny i charyzmatyczny ojciec Jana i Jakuba w swoim życiu robił to, co lubił najbardziej - występował w telewizyjnych programach kulinarnych i na festynach, na których gotowało się gary zup czy też dusiło lub grillowało kilogramy mięsa dla setek osób, ciągnących na imprezę, aby zabawić się, zrelaksować i spróbować specjałów przygotowanych nie przez byle kogo, bo samego Macieja Kuronia! Chęć kontynuowania misji ojca oznacza dla obu braci ni mniej ni więcej, co stawienie czoła wyzwaniom szołbiznesu kulinarnego, bo tym tak naprawdę była jego pasja. Oni sami uważają, że kapitał w nich tkwi. Czegoś ojciec nauczył ich, a poza tym, takimi absolutnymi żółtodziobami znowu nie są - jeden pracuje w warszawskiej restauracji jako kucharz, drugi studiuje w szkole o profilu kulinarnym. Żal byłoby ten potencjał i umiejętności zmarnować - jak twierdzą.
Jan z Jakubem zaczynają wkrótce, bo już w najbliższą środę. Na razie będzie to cykliczny program kulinarny w porannym paśmie TVN, emitowany co dwa tygodnie. Później - na pewno imprezy kulinarne na świeżym powietrzu, może radio, może jakieś książki z własnymi przepisami, a kto wie może i własna restauracja czy akademia kulinarna im. Macieja Kuronia. Za parę dni ważny debiut, a dzisiaj odrobina promocji w AntyRadiu. W szołbizie to jest normalne i konieczne. Na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc.
Niegrzeczne dzieci eteru życzą braciom Kuroniom wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. :)
Kliknij TU, by odsłuchać dzisiejszy Blat, jeśli masz na to ochotę.