Paweł utknął na Podhalu na dobre. Dzisiaj kontynuował swój tatrzański weekend, nadając prosto z Murzasichle. Dla porządku bardziej niż jasności sytuacji – to wieś w odległości rzutu beretem od przepełnionego i gwarnego Zakopanego.
Co go tam przywiodło? Bez zbędnego owijania w bawełnę – willa Toscana, prowadzona od pięciu lat przez panią Celinę i pana Jerzego, w której obowiązuje bardzo popularna w niektórych zakątkach świata formuła Bed & Breakfast, oznaczająca ni mniej, ni więcej co: ‘wyśpij się, zjedz i… czuj się jak u siebie w domu’. Nie jest to bezduszny hotel ani pensjonat, a miejsce przepełnione domową atmosferą, w którym można zatrzymać się na krócej lub dłużej, przytulić do podusi po męczącym dniu, zaspokoić głód (pyszne dania kuchni włoskiej), porozmawiać z właścicielami, którzy mieszkają pod jednym dachem ze swoimi gośćmi. A wszystko to za mniejsze pieniądze, niż przyszłoby wydać na hotel lub wypasiony pensjonat z telewizją kablową w każdym pokoju.