Dawno nas po świecie nie rzucało, bo to i okoliczności ku temu specjalnych jakoś nie było, i czasu lekuchno brakowało, a i klimat podróżom był ostatnio zupełnie niesprzyjający.
Nadeszła pora na wojaże. Kierunek - Afryka. Dokładnie północna, bo celem wypadu – za sprawą dzisiejszego gościa Pawła - była Trypolitania. Wyjaśnić od razu należy mniej zorientowanym w geografii, że nie jest to żaden nowy kraj na mapie świata, a zaledwie kraina (dosyć rozległa zresztą) w zachodniej części Libii na wybrzeżu Morza Śródziemnego, będąca lata temu włoską kolonią. Podróż odbył tam ostatnio jeden z AntyFanów, udzielający się już swojego czasu za sitkiem w studiu AntyRadia, postać znana stałym słuchaczom postmodernistycznego pasma poszukiwaczy przygód. Z wcześniejszych pobytów na Żurawiej 8 zapamiętany został przez niektórych jako ambitny archeolog in spe, przez innych z kolei jako wyjątkowy amator jajecznicy na daktylach (KLIK). Kto zacz? To Piszu, czyli Michał Pisz.
W Libii bywa stosunkowo często, bo z racji swojego zamiłowania do grzebania w piachu, zawsze coś z niego wykopie i odkryje światu - gdy tam go rzuci. Nie da się ukryć, ogromna pod względem powierzchni Libia (cztery razy tyle co Polska) bogata jest w staroci archeologiczne i daje wyżyć się poszukiwaczom ‘skarbów’. Tym razem do Afryki Piszu wybrał się jednak turystycznie, nie ‘służbowo’ i nie do Cyrenajki w północno-wschodniej Libii, gdzie usytuowane są stanowiska archeologiczne, oddane niejako we władanie studentom warszawskiego uniwerka i gdzie najczęściej bywa, a do Trypolitanii – tak bardziej na zachód tego afrykańskiego kraju. Jej stolicą – jako i całej Libii – jest Trypolis, na który wziął kurs w pierwszej kolejności. Co zobaczył i czego doznał rzucał dzisiaj na antenie.
Dużo wrażeń przysporzyło mu przede wszystkim zdobycie wizy – to tak na dobry wyprawy początek. Nie jest to taka ‘bułka z masłem’ jakby mogło się wydawać, szczególnie w sytuacji gdy jedzie się do Libii indywidualnie, nie w sposób zorganizowany (czytaj: z biurem podróży). Uzyskanie pozwolenia na wjazd do republiki, której przywódcą jest Kadafi, zajmuje trochę czasu i jest kapkę uciążliwe. Można przyspieszyć niejako tę procedurę i zlecić uzyskanie wizy jakiejś firmie turystycznej, ale to z kolei kosztuje i wymaga wyłożenie trochę kasy. Niejeden globtroter zniechęciłby się, machnął ręką i odpuściłby sobie, ale nie Piszu. On dopiął swego i w Trypolisie wylądował. Wypożyczył samochód i rozpoczął penetrację krainy.
Zjechał ją wzdłuż i wszerz, odwiedzając stare libijskie miasta i miasteczka nafaszerowane starożytnymi cudeńkami z okresu Imperium Rzymskiego i zaliczając (z przygodami) przeprawę przez piaski Sahary. Docierał do miejsc, do których autostrady nie dochodzą, palił shishę – nargilą przez niektórych zwaną, pił libijską herbatę (bardzo mocną i bardzo słodką, o wręcz oleistej konsystencji), pałaszował daktyle nie do spotkania w Europie (w sensie o tak wysokiej klasie), podziwiał zielone oazy na pustyni, na której pasły się wielbłądy w niesamowitej mnogości. Libię jako destynację do zgłębienia nieustannie poleca i to nie tylko koneserom sztuki i architektury rzymskiej. Ciekawy to kraj, bogaty w zabytki i śródziemnomorskie plaże, z ogromnym potencjałem turystycznym, chociaż póki co niewykorzystanym.
Szczegóły odcinka TU. Został nagrany i można odsłuchać go ponownie.