Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym
We wtorkowy wieczór, dwaj dzielni admirałowie – Jah Jah i Vito zajęli się hiciorami wszech czasów i innymi kwestiami, które mniej lub bardziej tego zjawiska dotyczą.
Prowokatorką dywagacji była papierowa Machina, w której przeczytać można artykuł o e-przestępczości, okraszony fotką Olafa Deriglasoffa. Rzeczony artysta był gościem Antyradia Machiny w drugiej jej części.
A o czym rockowi dżentelmeni dyskutowali? O hiciorach właśnie. Przede wszystkim zastanawiali się, czy istnieje przepis na przebój. Trudno bowiem jednoznacznie powiedzieć, czy takowy jest i czy w ogóle to dobrze, gdyby był. Wydawać by się mogło, że każdemu artyście powinno zależeć na tym, aby zjawisko zwane ‘przepis na hit’ istniało i miało zastosowanie w życiu. To praktyczne podejście do kwestii (Olaf Deriglasoff nazwał je prawidłowo – to pazerność), jako że stworzenie hitu poprawia chociażby stan konta w banku i umożliwia niejako tym samym – na przykład - oddawanie się dolce far niente pod palmą w ciepłych krajach. Z drugiej jednak strony, może i dobrze, że nikt takiego przepisu nie zna. Szanse są wtedy równe i każdemu artyście może przypaść w udziale stworzenie takiego kawałka, który porwie tłumy. A to – jak stwierdził gość – jest ważne w prawdziwej muzyce.
Jest też druga strona medalu – hit wykonywany przez artystę może przylgnąć do niego na tyle skutecznie, że tenże już się od niego nie uwolni, mimo upływu dziesiątek lat od chwili jego powstania i mimo skomponowania wielu innych utworów, nie mniej dobrych. To tak, jak ze wspaniałą, ale jedną, rolą aktora, która w końcu może okazać się dla niego... przekleństwem Znane są takie przypadki w polskich filmach.
Hit hitem, ale nie mniej ważne jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, kiedy zejść ze sceny (niepokonanym – jak śpiewał Grzegorz Markowski). Czy jest taka granica? Tutaj też nie ma jednoznacznego rozwiązania. Tak naprawdę, ze sceny schodzą ci, których nie ma wśród nas, bo zeszli z tego świata i patrzą na nas teraz z góry. Szkoda, że zabrakło czasu, żeby pociągnąć temat, a może i lepiej, że admirałowie skręcili myślami w stronę wyrywania dziewczyn na... ‘czego słuchasz (maleńka)?’ – w końcu to wydanie Antyradiomachiny było głównie o hitach - zwykłych i wszech czasów...
A wracając do meritum... W tym szaleństwie była metoda, ba – ona istnieje do dzisiaj, chociaż wydaje się, iż obecnie odgrywa raczej marginalną rolę. Panowie, dobra rada: na to, ‘czego słuchasz’ można poderwać dziewczynę i dzisiaj, ale nie zapominajcie o wyglądzie (swoim, oczywiście), zgrabnej furce, męskich pachnidłach i paru innych męskich gadżetach...