Dzień jak dzień, sobota jak sobota. A że trzynastego? Hmm… Nic to. Nie każdy przecież wierzy w przesądy, nie każdy im się poddaje. Są tacy, którzy tarzają się ze śmiechu na samą myśl, że musieliby przechodzić obok drabiny, a nie pod nią - co by nie ściągnąć na siebie pecha. Albo też, że na widok czarnego kota, przebiegającego im drogę, mieliby zawrócić, skręcić, poczekać – słowem zrobić wszystko, żeby tylko nie być tym pierwszym, który przekroczy linię naznaczoną przez czarnego ‘sierściucha’, bo… nieszczęście gotowe.
Tak naprawdę nie wierzymy w nie, jako zdrowi na ciele i umyśle, ale… No właśnie, jest nieraz malusie ‘ale’. Z jednej strony niby robimy sobie śmichy-chichy z zabobonów, przesądów i wróżb wszelakich, z drugiej jednak… uważamy co się dokoła nas dzieje. Na widok kominiarza łapiemy się za guzik (na fart), na wszelki wypadek odpukujemy w niemalowane (żeby się udało), staramy się nie rozsypać soli – bo to zwiastun awantury, ‘opluwamy’ przez lewe ramię… Matko Przenajświętsza… zobaczoną przypadkowo zakonnicę, zamartwiamy się stłuczonym lusterkiem, które z tego powodu, że już nie jest w całości, ma przynieść jego właścicielce lub właścicielowi aż siedem lat nieszczęścia, na łące szukamy czterolistnej koniczyny…
Zdroworozsądkowe podejście do przesądów miał na pewno George Bernard Shaw, który powiedział swojego czasu, że nie warto wierzyć w zabobony, bo... to przynosi pecha. Nie bardzo wiadomo, czy zapowiadany na dzisiaj gość daje wiarę, że trzynastka przynosi pecha… albo, że może go przynieść. Nie wiadomo, bo pomimo najszczerszych chęci (a miał takie, wprosiwszy się niejako samemu do Lorochowego programu) nie pojawił się w studiu, zawiadamiając telefonicznie Pawła i poprzez niego czekających na spotkanie biesiadników zgromadzonych przy stole nóżek pozbawionych, że właśnie ‘rozkraczył się’ na drodze – czytaj: auto, którym jechał weszło w kolizję z drugim pojazdem albo czymś tam innym. Jemu samemu nic się nie stało (to szczęście), ale samochód ucierpiał i nie nadawał się do dalszej jazdy. To tak jakby ta druga strona medalu, czyli niefart przynoszony przez trzynastkę - jakby zauważyli ci, którzy szczerze nie lubią tego dnia miesiąca.
Taaa… Jako że trzynastego wszystko zdarzyć się może, to i w Blacie zdarzyło się. Nastąpiła lekuchna zmiana planów i zamierzeń, wywołana nieoczekiwanym obrotem sprawy. Gładko i bezproblemowo, zupełnie wręcz bezboleśnie przestawiliśmy się na tryb bezgostny audycji, czyli ‘Paweł wyłącznie nasz, a my Pawła’ – co zawsze spotyka się z aprobatą (to tak na marginesie) i całkiem spokojnie kontynuowaliśmy rozbabraną i niedokończoną dyskusję, prowadzoną w dwóch pierwszych godzinach programu, w oczekiwaniu na gościa. I tak, zamiast o muzyce, uprawianej przez niego od kilkudziesięciu lat, o której zapewne sam mówiłby ochoczo i radośnie jako twórca i członek jednej z kapel szarpiącej druty (gitary), wymienialiśmy myśli na temat przesądów i zabobonów, a także na temat jedzenia. Jedzenia nazwijmy to normalnego oraz jedzenia ‘w tabletkach’, mającego zastąpić (co za naiwność!) to, co daje sobą przyjemność przyswajania tego czy owego z talerza, przyrządzanego zarówno na co dzień, jak i od święta.
To drugie okazało się być w ocenie biesiadników zupełnym nieporozumieniem i beee, tak więc pogastrofazowaliśmy sobie nieco, nie inaczej. A dzisiejszą audycję można odsłuchać ponownie. Została jak zawsze nagrana, pobrać można ją STĄD.
|