Nie tylko szczęśliwe łaciate, które mają prawo czuć się wśród lodowych szczytów Alp, jak w siódmym niebie, ale także inne symbole kojarzą się z tym krajem położonym w samym sercu Europy, w którym przez parę dni gościł z wizytą Paweł Loroch.
Są nimi chociażby dokładne i precyzyjne zegarki, w których wszystko chodzi jak należy, są nimi także - bez dwóch zdań - banki, w których konto jest równie pewne, jak punktualność wspomnianych zegarków. Mówiąc o tym kraju nie można byłoby nie wspomnieć niezliczonych gatunków żółtych serów oraz czekolady – mlecznej, śmietankowej, gorzkiej czy białej, w różnych kształtach i postaciach oraz z różnymi dodatkami, z którą nie mogą równać się żadne czekolady na świecie. Wiadomo. Tak, jak sery, wytwarzana jest ona z mleka, dostarczanego przez szczęśliwe krowy, które w stan euforii wpędzają piękne widoki lodowych szczytów Alp, smaczne i świeże zioła, którymi karmią się na łąkach w dolinach oraz pełne spokoju i pozbawione problemów życie. W tym pięknym kraju w ogóle wszystko jest uporządkowane, bardzo czyste, dokładne i skuteczne...
Tak, tak... Nie da się ukryć - Pawła poniosło... do Szwajcarii, gdzie Gastrofaza jeszcze nie bywała. Zrobił stosowny rekonesans, dużo widział, mniej jadł (raczej degustował) i wrócił do kraju pełen najwspanialszych wrażeń, z którymi ochoczo dzielił się ze słuchaczami. Ma ich tak dużo, że będzie opowiadał o wszelakich smakach i zapachach tego alpejskiego kraju – w tym kulinarnych - przez trzy kolejne dni. Dzisiaj pierwsza odsłona trzydniówki.
Szwajcaria to konfederacja 23 kantonów, poprzecinanych wysokimi górami, niezwiązanych wspólnym językiem, zachowujących swoją daleko idącą niezależność i jednocześnie doskonale współpracujących ze sobą. Odrębność językowa poszczególnych kantonów (mówi się tutaj po niemiecku, francusku, włosku i retoromańsku) wyznacza niejako cztery światy i cztery kuchnie. Paweł rozpoczął swoją podróż po Szwajcarii od kantonu Wallis (Valais) i malowniczego, zabytkowego - bo średniowiecznego, miasteczka Brig, w którym wszystko jest przygotowane do przyjęcia gości – zimą narciarzy, o innych porach roku – lubiących spacery po górskich dolinach. Tam też odnotowywał pierwsze smaki szwajcarskie – klasyczne suszone mięsiwa, wspaniałe wędliny - podawane na przystawkę skropione oliwą i doprawione pieprzem, pyszne sery, doskonałe wina oraz sznycle wieprzowe (Szwajcarzy uwielbiają mięso w takiej postaci).
Kanton Wallis wydaje się być okolicą szafranem pachnącą. Bardzo ciekawa i bardzo droga to przyprawa - jeden jej gram wart jest tyle, co gram złota. Pozyskuje się ją z - hodowanych od wielu lat w dolinach - krokusów. Potrzeba ich mnóstwo, aby uzyskać minimalną ilość szafranu, stąd i jego wysoka cena. W okolicy Brig znajduje się szafranowe muzeum oraz restauracja, serwująca mnogość dań z szafranem – zupę szafranową, risotto z szafranem, mięso w sosie szafranowym. Tylko desery były go pozbawione. Tego wszystkiego Paweł oczywiście próbował i należy mu wierzyć, iż kolacja w Mundzie, tą przyprawą pachnąca, pozostanie na długo w jego pamięci.
W pierwszej odsłonie słów kilka jeszcze o winach i serach szwajcarskich. Jedne i drugie są wspaniałe i występujące w wielu rodzajach i gatunkach. Mówi się, że wina szwajcarskie są tak dobre i tak drogie (jak wszystko w tym kraju), że Szwajcarom nie chce się ich eksportować za granicę i sami je wypijają. Odwrotnie jest z serami, których produkcja jest niemalże narodowym przemysłem tego kraju – ten można kupić na całym świecie. Najbardziej znane gatunki to emmentaler – ponoć bardzo dietetyczny, bo składający się z samych dziur oraz gruyère. Przygotowuje się z nich tradycyjne potrawy szwajcarskie – raclette (dawne danie pasterskie) i fondue, narodowy posiłek Szwajcarów.
Na dzisiaj koniec. Jutro też jest Gastrofaza, a w niej kontynuacja smaków Konfederacji Szwajcarskiej. Tak więc – do jutra.