To tylko parę tysięcy kilometrów, aby się w nim znaleźć. To tylko parę godzin lotu tanimi liniami lotniczymi i już można rozkoszować się słońcem, piaszczystą plażą, palmami, innością stylu życia tubylców, pachnącymi przyprawami oraz atrakcjami turystycznymi, jakie ma do zaoferowania... Maroko. W dzisiejszym odcinku Gastrofazy ten afrykański kraj widziany był oczyma turysty obsługiwanego przez biuro podróży, a nie backpackersa podróżującego z plecakiem.
To oczywiście wielki skrót wrażeń przywiezionych przez Pawła z krótkiego - bo zaledwie tygodniowego – urlopu, spędzonego w Agadirze, marokańskim kurorcie nad Oceanem Atlantyckim, który przyciąga turystów chętnych wypoczynku przede wszystkim dziewięcioma kilometrami piaszczystej, szerokiej plaży (tu się tłoku nie doświadczy), gwarantowanym słońcem (średnio trzysta słonecznych dni w roku), bogatą infrastrukturą turystyczną – hotelami, hotelikami, apartamentami do wynajęcia, licznymi sklepikami z pamiątkami. Tu także jest suk (bazar) 'turystyczny', na którym można dostać wszystko, czego dusza zapragnie. Trzeba tylko obowiązkowo targować się i nie tylko po to, aby kupić taniej lub nie przepłacić, ale także dlatego, aby... nie obrazić tubylców.
Agadir to najpopularniejsza miejscowość wypoczynkowa w Maroku. Trudno w niej dopatrzyć się wielu pamiątek z przeszłości, ale nic dziwnego. Miasto dość tragicznie zostało doświadczone przez los kilkadziesiąt lat temu (trzęsienie ziemi) i praktycznie musiało zostać odbudowywane od podstaw. Sprawia zresztą wrażenie, że cały czas jest under construction i że cały czas rozbudowuje się. Pozbawione zabytków, ale ma kazbę, czyli resztki agadirskich murów fortecznych położonych na wzgórzu, z którego można podziwiać całe miasto - port, ocean, plażę, promenadę, hotele Agadiru. Wjechać na nie można taksówką, busikiem lub bryczką, albo też wejść pieszo. Wieczorem na wzgórzu pojawia się napis: Allach, król, naród. To chyba trzy najważniejsze wartości dla Marokańczyków...
Jacy są tubylcy? O Marokankach Paweł niewiele mógł powiedzieć. Sprawiają wrażenie przykładnych, potulnych żon swoich muzułmańskich mężów. Grubo okutane od stóp do głów, w dżalabijach, cicho przemykają po ulicy. Marokańczycy natomiast wręcz odwrotnie – są głośni (żeby nie powiedzieć krzykliwi) i nachalni. Trudno nieraz przejść obojętnie obok tego natręctwa, ale trzeba, żeby nie dać się zjeść z kopytami i nie dać wcisnąć wszystkiego, co tylko jest możliwe. Ten naród tak już ma, ale z drugiej strony cóż się dziwić – mieszkańcy Maroka, a szczególnie takich turystycznych miejscowości, jaką jest Agadir, żyją z turystów i starają się wycisnąć z nich każdy grosz. Tutaj należałoby wspomnieć o wszechobecnym bakszyszu, czyli czymś, co jest powszechne w krajach muzułmańskich, bo jest związane z religią islamu (to jeden z pięciu filarów tej religii). Ten rodzaj jałmużny to nie tylko uprzejmość i napiwek zostawiony w hotelu lub knajpie albo ‘zapłata’ za możliwość zrobienia tubylcowi zdjęcia. To obyczaj, któremu turyści poddają się - mniej lub bardziej chętnie - przebywając w tym kraju.
Wszechobecny – chociaż nielegalny – jest w Maroku także haszysz. Podobno jest doskonałej jakości, najlepszy w świecie – jak twierdzą znawcy. Hmm... to niemalże dobro narodowe. A skoro już o dobrach mowa... Za takie same uchodzą symbole kuchni marokańskiej – tadżin, kuskus oraz sok pomarańczowy - świeżo wyciskany oczywiście. Każdego z nich wszędzie można spróbować, zarówno w eleganckiej restauracji, jak i małej knajpce. Najbardziej oryginalny jest tadżin. Jest to właściwie nazwa charakterystycznego naczynia, w którym jest przygotowywany - glinianej miski z ‘czapką’ zakończonej uchwytem, w której dusić się może mięso, same warzywa, ryby, wszystko odpowiednio doprawione aromatycznymi przyprawami.
Agadir z piaszczystą plażą, bajkowy Marrakesz z królewskimi budowlami, wioska berberyjska (fakt – 'podrasowana' pod turystów, taki bardziej skansen) – to tylko fragment wrażeń Pawła, jakimi podzielił się ze smakoszami życia dzisiaj. Jutro ciąg dalszy Maroka. :)