Warszawskiej knajpie, która od wielu lat jest mocno zaprzyjaźniona z AntyRadiem – czego nie da się nie zauważyć – stuknęło piętnaście lat! Dobry to moment, aby powspominać stare dzieje, dokonać podsumowania, pochwalić się tym, co wyszło i przyznać z pokorą, co się niezbyt udało lub było wręcz przysłowiową wtopą.
Szczerej spowiedzi przed wielebnym (w tej roli oczywiście Paweł) dokonali ojcowie Blue Cactusa – Piotr Komór i Piotr Grajewski. To oni z miejsca, które było kiedyś barem mlecznym w ładnej okolicy na Mokotowie, a następnie podrzędną restauracyjką jakich na mapie stołecznej gastronomii było wiele w tamtym czasie, stworzyli nowoczesną od ‘a’ do ‘zet’ knajpę (jak dumnie zeznali), zarządzaną w stylu amerykańskim – cokolwiek miałoby to znaczyć. A znaczyć może na pewno to, że Blue Cactus był inny, niż dziesiątki dotychczasowych przybytków gastronomicznych wówczas funkcjonujących. Wyróżniał się spośród pozostałych, karmiących zgłodniałych warszawiaków, nie tylko kuchnią south western, lecz także i… nie ma co ukrywać... wysokimi cenami. A poza tym, tutaj od samego początku wyjątkowo dbało się o gości – jak zapewniali tatusiowie.
Było i o kelnerach, i o szefach kuchni, i o kartach dań, i o tym, co na talerzu można było zobaczyć. Raz nawet pinezkę w burritos, ale… to był po prostu wypadek przy pracy kucharza. Przez piętnaście lat naprawdę zdarzyło się to jeden, jedyny raz. Generalnie, Piotr Komór i Piotr Gajewski są zadowoleni ze swojego dziecka. Myślą, że im się udało. I niech tkwią w tym przekonaniu.