Dzisiaj królewska Dania na tapecie, a właściwie jej stolica, bo tam na początku tygodnia machnął się nasz Pawełek, niestrudzony i niczym niezniechęcony AntyRadiowy obieżyświat. Pomknął na parę zaledwie dni, w poniedziałek, a dzisiaj dzielił się gorącymi jeszcze spostrzeżeniami na temat niezbyt odległej - zarówno w kilometrach, jak i milach morskich - Kopenhagi.
O 12:00 z małym ogonkiem, kiedy to Anioł Pański zazwyczaj zwiastuje Pannie Maryi, do stołu z powyłamywanymi nogami dosiadła się Marzena Sienkiewicz, dziennikarka telewizyjnej Dwójki, która w tamtejszej stacji przybliża telewidzom pogodę. Była już raz u Pawła - jeszcze w Gastrofazie. Opowiadała wtedy o swojej zawodowej rzeczywistości, dzisiaj natomiast odkurzała w swojej pamięci to, co swojego czasu w Danii zobaczyła, przeżyła i w czym zasmakowała, będąc tam jako nastolatka na tzw. ‘wymianie szkolnej’ i mieszkając u najprawdziwszej duńskiej rodziny. W kraju tym jest podobno po uszy i szczerze zakochana i to do tego stopnia, że bez większego żalu opuściłaby i Warszawę, w której pracuje, i Sopot skąd się wywodzi i osiadłaby w Kopenhadze. Coś ją widocznie ciągnie w ten kącik Europy, chociaż wydaje się, że nie są to koniecznie kulinaria. Śledzie (te fantastyczne duńskie ogony, serwowane nieraz na słodko z konfiturą z czerwonej cebuli) są dla niej beee, a i mleko - pijane w dużych ilościach w kraju bajkopisarza Andersena - jej nie wchodzi.
Ale wracając do ‘adremu’ i może po kolei, panie Janie kochany. Pierwsze, z czym tradycyjnie kojarzy się metropolia, wykładana dzisiaj na blat stołu w postmodernistycznym paśmie poszukiwaczy przygód, to kopenhaska mała syrenka - symbol miasta oraz Tivoli – przeogromny park rozrywki z kolejkami górskimi, karuzelami, ‘diabelskimi młynami’, sklepikami, różnymi gadżetami, restauracyjkami i kawiarenkami. Lista skojarzeń z Kopenhagą jest oczywiście dłuższa. Za tymi dwoma najważniejszymi idą następne, które zapadają na zawsze w pamięci każdego turysty, odwiedzającego stolicę Danii. Co z niej zazwyczaj zapamiętują? Co wywiera na nich największe wrażenie?
Poza syrenką (zupełnie inną, niż nasza warszawska, taką wyjętą prosto z bajki imć Andersena) i Tivoli, trudno zapomnieć chociażby Pałac Amalienborg, siedzibę duńskich monarchów i dworu królewskiego, przed którym gwardziści Jej Królewskiej Mości Małgorzaty II, malowniczo umundurowani, z wysokimi czapami z niedźwiedziego futra na głowie, trzymają wartę. Ku uciesze turystów zmieniają się od czasu do czasu, co odbywa się dosyć uroczyście, przy dźwiękach orkiestry. W pamięci zostaje także Christiania – specyficzna dzielnica Kopenhagi, miejsce bardzo offowe, będące Mekką hippisów, którzy ją swojego czasu założyli, osiedlając się w opuszczonych przez wojsko barakach. Czego tam nie ma! Wszystko jest, co ‘dzieciom-kwiatom’ potrzebne jest do szczęścia, w tym przede wszystkim haszysz (z całego niemal świata) i ‘maryśka’ - jedno i drugie w różnych formach i dostępne jak marchew i ziemniaki. Jest tam też specyficzny klimat, wolne obyczaje, pełna swoboda i spokój... cokolwiek miałoby to znaczyć.
Kopenhaga to także Strøget, długi deptak z eleganckimi sklepami, to muzeum figur woskowych Louis Tissaud, to wszechobecne rowery, którymi poruszają się po mieście eleganckie panie w szpilkach, panowie w garniturach, dzieciaki, młodzież tudzież inni miłośnicy jednośladów, bez względu na wiek. Przed rowerami kapelusz z głowy się ściąga – gładkie i wyasfaltowane ścieżki rowerowe mają swoje własne światła, stojaki na rowery są wszędzie (przed sklepami, pod instytucjami, przy dworcu centralnym), a kto nie ma swojego własnego, za parę koron może pożyczyć sobie od miasta – w sensie odpiąć, pojechać tam gdzie chce lub musi, a następnie przypiąć z powrotem do stojaka. Są tam także muzea (z takich oryginalnych - księgi rekordów Guinnessa, erotyki, piwa), galerie, pałace, odważnie eksponujące swoje towary sex shopy. Atrakcji mnóstwo, każdy sobie coś znajdzie dla siebie – według gustu i smaku.
Nie można nie wspomnieć słówka o kulinariach. Cała Dania, nie tylko Kopenhaga, kanapkami stoi. Są to bardzo charakterystyczne kompozycje kromek żytniego chleba, na których ułożone są misternie dodatki (najczęściej krewetki i śledzie). Ze względu na swoją ‘otwartość’ i wysokość, smorrebroty (tak się nazywają) je się widelcem i nożem. Inaczej nie da się. Poza kanapkami bardzo popularne są - jako jedzenie uliczne – hot dogi, podawane ze słodką musztardą, prażoną cebulą, ogórkowymi piklami i innymi dodatkami, a także inne fast foody. Takich budek z kiełbaskami grubymi i cienkimi, frikadelami (coś w rodzaju małych mielonych), frankfurterkami i hot dogami jest tam tysiące.
Lech Janerka śpiewał, że w Kopenhadze jest jak w niebie. Ciekawe, co autor tego utworu miał na myśli... Trzeba obowiązkowo pojechać i sprawdzić. Choćby na parę dni, choćby tylko na weekend. :)