Z kryształowymi karafkami, wypełnionymi nalewkami o różnych smakach, zjawili się dzisiaj w Gastrofazie goście Pawła. Nie da się ukryć – pogoda wyjątkowo sprzyjała tematowi audycji...
Ale od początku... Panowie Jakub i Maciej Kozuba, których gościła wtorkowa Gastrofaza, są wyjątkowymi pasjonatami nalewek – napojów alkoholowych dosyć bogatych w promile, sporządzanych na bazie owoców (świeżych, mrożonych lub suszonych) albo też ziół. Bracia wytwarzają je sami w warunkach domowych, podtrzymując w ten sposób wieloletnie tradycje rodzinne, jako że owoce zalewał alkoholem (i zalewa w dalszym ciągu) ich ojciec, a przedtem robili to dziadkowie. Tak więc wiedza, jak to się robi, żeby przy pomocy miarek, sit, siteczek i szklanych balonów przetworzyć owoce i alkohol w aromatyczną, rozgrzewającą nalewkę, przechodzi w rodzinie z pokolenia na pokolenie.
Chociaż historia pierwszych nalewek sięga czasów bardzo odległych, gdyż za ojca rzeczonych uważa się Hipokratesa, to co by nie mówić, nalewki są typowo słowiańską specjalnością, a może nawet wręcz polską. Po łacinie nalewka to ‘tinktura’ – termin bardzo dobrze znany każdemu aptekarzowi, któremu przychodzi nieraz przyrządzać lecznicze wyciągi alkoholowe z ziół. Od początku swojego istnienia nalewki były traktowane jako lekarstwo, co nie oznacza, że nie stanowiły też przyjemności dla podniebienia. Doceniali ich smak nasi przodkowie już w czasach Pierwszej Rzeczypospolitej, kiedy to często występowała na stołach szlachty, magnaterii i mieszczaństwa. Pospólstwo, czyli biedota zaspakajała się okowitą, ale przecież nalewka to nic innego, jak uszlachetniona w smaku czysta gorzałka.
Bohaterka dzisiejszej Gastrofazy może być słodka, półwytrawna i wytrawna, bardzo mocna i słabsza i z tego względu podawana na różne okoliczności – jako aperitif, czyli przed posiłkiem (dla pobudzenia apetytu), do dań mięsnych (przede wszystkim drobiu i dziczyzny), do deserów, a także po jedzeniu, a w zasadzie... po przejedzeniu (się). W tym ostatnim przypadku sprawdza się znana doskonale orzechówka.
Bracia Kozuba doradzają i polecają robienie nalewek samemu, w domu. Nadają się do nich przeróżne owoce - nawet dziko rosnące oraz zioła i inne rośliny. Należy jedynie pamiętać, aby sporządzać je z owoców dojrzałych oraz takich, które mają ‘charakter’. Nie ma go chociażby truskawka, bo jest zbyt mdła, ale absolutnie nie można tego powiedzieć o wiśni, czarnej porzeczce, morelach, czy aronii. W komponowaniu i poszukiwaniu smaku nalewek należy eksperymentować, tak jak robią to od dawien dawna goście dzisiejszej Gastrofazy. A robią to przy okazji z pasją i znajdują w tym wyjątkową przyjemność.
Dość teorii, pora na ocenę działań w praktyce. Do degustacji były trzy nalewki - z rokitnika, żurawiny oraz o smaku bakaliowym, bo tyle przynieśli ze sobą do studia goście. Noty za nie – oprócz Pawła - wystawiał także niespodziewany ekspert kulinarny, jaki objawił się w studiu – admirał Przemysław Jah Jah Frankowski, znawca... wszystkiego. Jah Jah oczarowała przede wszystkim nalewka z żurawiny bagiennej – posiadaczka pięknego koloru i nieprawdopodobnego smaku (podobno dało się odczuć nutę pleśni i piwniczki, w której nalewka leżakowała), podczas gdy u Pawła najwyższe noty uzyskała nalewka z rokitnika. Oczarowani byli też goście – entuzjazmem i zachwytem eksperta oraz... ars poetica, jaką usłyszeli z jego ust na cześć nalewek.