Wspólnego dzieła tworzenia ciąg dalszy. Dzisiaj dominowało ‘b’.
‘B’ jak bilety (na samolot, pociąg czy autobus), ‘b’ jak busy turystyczne obwożące turystów po mieście, ‘b’ jak bagaż, który zdarza się, że jest niezbyt rozsądnie skomponowany na wyjazd, bo na miejscu okazuje się, że w walizce, torbie, plecaku są rzeczy zupełnie zbędne, a brakuje tych... niezbędnych. ‘B’ to także bryza morska i nasz rodzimy, zimny Bałtyk, będący – mimo licznych i wspaniałych ofert biur turystycznych, proponujących spędzenie urlopu w Turcji, Maroku, Włoszech, Chorwacji czy Grecji – mekką tysięcy wczasowiczów.
Co dalej... Wydaje się, że na zamieszczenie w almanachu pod literą ‘b’ ze wszech miar zasługuje hasło ‘bar’. Chodzi tu raczej o bar mleczny, a nie ten ‘wydający’ bigos, flaki i dyżurną fasolkę po bretońsku, czy też bar, gdzie uciech pełno można zaznać wieczorową porą. Dlaczego bar mleczny? Ot, chociażby z powodu spécialité de la Pologne w nich serwowanych, czyli pierogów. Stosowny odnośnik mógłby kierować zainteresowanych tym zjawiskiem słuchaczy do litery ‘p’, gdzie następowałoby wyjaśnienie sprawy całej. Trzeba przyznać, że w sztuce lepienia pierogów i nadziewania ich farszem Polacy są nieźli i znają mnóstwo patentów. Poznali się na tym cudzoziemcy odwiedzający Polskę, szczególnie ci młodzi, którzy liczą się z każdym groszem. Nie da się ukryć - pierogi bardzo im smakują i są przy tym niedrogie, szczególnie te serwowane w barze mlecznym. To chyba wystarczający powód, aby oba hasła - ‘bar’ i ‘pierogi’ - znalazły się w almanachu.
Co jeszcze proponowano na literę ‘b’? Był Berlin – nie wiadomo, z czego bardziej znany: zabytków, które należałoby zobaczyć, czy najprawdziwszych tureckich kebabów, których należy spróbować zwiedzając stolicę Niemiec. Należy, bo są ponoć najsmaczniejsze w Europie. Był też bimber (oho, druga polska specjalność), był też bombaż – wydęcie puszki konserwowej, na które uwagę powinni zwracać szczególnie turyści wędrujący z plecakiem. Zjedzenie konserwy z puszki z bombażem może niespodziewanie przerwać najciekawszą nawet wędrówkę. Gdy nie ma w plecaku nic innego, lepiej wtedy głód oszukać bułką (nawet suchą). Lepsza byłaby na pewno brioszka, ale na szlaku trudno o taki cymes.
Padła też propozycja zupy rybnej, która znana jest w wielu krajach. Wszędzie wygląda i smakuje ona prawie podobnie, ale wiadomo, że ‘prawie robi wielką różnicę’ W przypadku tej polewki różnica jest zawarta też w nazwie. Przebywając w Marsylii i chcąc spróbować zupy rybnej, smakosz powinien zamówić bouillabaise [czyt. bujabez], w Rosji powinien prosić o uchę, na Węgrzech wybrać z karty halászlé, w Grecji - psarosoupę, a w Chorwacji kazać sobie podać coś, co ma nazwę riblja čorba.
Na ‘c’ praktycznie nie było już czasu, liznęliśmy tylko tę literę, proponując Czechy, Częstochowę, centralne dworce (są w każdym dużym mieście), Cergową (górka w Bieszczadach) i... coffee shops. Te jako element Amsterdamu lub jako odrębne hasło. Należy przyznać, ciekawe to miejsce... Nieświadomy sytuacji turysta, zwiedziony międzynarodowym słowem coffee, może przypuszczać, że serwowana jest tu kawa wszelakich gatunków. Będzie w ‘mylnym błędzie’ - kawy w tym miejscu nie kupi i nie napije się, ale może w zamian zjeść ciasteczko o specyficznym smaku (‘c’ jak ciasteczko) albo zapalić jointa (‘j’ jak joint)...