W zasadzie, to było na odwrót. Nie WARS, a ptysie malinowe wujcia Pawełka, skupione przy stole z powyłamywanymi nogami, serdecznym gestem przywitały w progach postmodernistycznego pasma poszukiwaczy przygód dwóch WARS-owców, którzy przybyli do AntyRadia w gościnę. Jak dobry polski zwyczaj nakazuje, nie pojawili się w studiu z pustą ręką. Trzymali w niej gościniec, który niejako miał związek z tym, co ich przywiodło do niegrzecznych dzieci eteru w to niedzielne popołudnie.
Sałatka cesarska i piada... Z tymi specjałami przyjechali na Żurawią 8, prosto z jednego z pociągów Intercity, goście Pawła. Byli nimi WARS-owcy z krwi i kości, którzy z tą legendarną firmą, kojarzącą się jednoznacznie z żywieniem w podróży (czyli w pociągach i na dworcach), związali swoje życie - Włodzimierz Stolarski i Artur Uryga. Jeden z nich stoi przy kuchence gazowej kolebiącej się po szynach ‘restauracji’ od ponad 23 lat, drugi ma w WARS-ie odrobinę mniejszy staż, ale też sporawy – można powiedzieć, że zaspakaja kulinarnie zgłodniałych podróżnych od lat kilkunastu. Skoro już wiadomo kto, to należałoby powiedzieć, w jakim celu zjawili się w AntyRadiu.
Powód okazał się być prozaiczny do bólu. Oto ta zacna firma z wieloletnimi tradycjami (i przy okazji stereotypami na jej temat), powstała pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku, od roku przechodzi coś w rodzaju transformacji. Zmianie ulega wszystko, w tym sposób karmienia zgłodniałych w podróży pasażerów. Restauracje i bary na kółkach nabrały nowego oddechu i chcą lepiej... dla siebie, co oznacza jednocześnie lepiej dla pasażera, bo to on przecież jest obiektem zainteresowania (czytaj: głębokiej troski) załogi WARS-u. Prowadzący przybytki gastronomiczne na pokładzie pociągu, wziąwszy sprawy w swoje ręce, ‘poszli do przodu’ - zarówno z potrawami, jak i obsługą. Tak naprawdę, nie mieli chyba innego wyjścia. A co z tego wyszło? Jak smakuje teraz podróż polskimi kolejami? O tym mówili dwaj zaproszeni kucharze.
Należy przyznać, że bezpowrotnie minęły czasy, gdy w wagonach restauracyjnych i barowych królowała wyłącznie jajecznica, bigos, parówki czy kiełbasa z wody, a przygotowane dla podróżnych kanapki podróżowały po kraju do czasu, aż się nie sprzedały. Teraz do WARS-u można pójść na śniadanie, obiad czy kolację i za każdym razem mieć możliwość zjedzenia niemalże, co się chce, zgodnie ze swoimi upodobaniami i preferencjami oraz... możliwościami kucharza. Karty dań są urozmaicone i o wiele bogatsze, niż dawniej. Często zawierają wręcz wymyślne – jak na warunki pociągowe – dania, nawet z kuchni innych narodów. Przykładem jest chociażby piada, przyniesiona Pawłowi w charakterze gościńca. Toż to smakołyk włoski, nazywany ‘chlebem biedaków’, przypominający swoim wyglądem tortillę, który nadziewany jest różnościami typu zielona sałata, wędlina, ogórek i inne podobne ozdóbki. W wagonach restauracyjnych można w dalszym ciągu zjeść na śniadanie jajecznicę z szynką, ale można także dostać śniadanie typu fitness, śniadanie norweskie (najprawdopodobniej coś ze śledziem), czy też oryginalne śniadanie angielskie. O daniach na czas obiadu (stanowią odrębne menu) nie ma nawet potrzeby co wspominać – to przecież oczywista oczywistość, że poczciwy schaboszczak nie jest jedyną propozycją w karcie.
Prowadzący bary i restauracje w pociągach są na okrągło szkoleni, jak powinno wyglądać właściwe podejście do pasażera – nawet tego kłótliwego i awanturującego się (misia bez krawata), który zje prawie wszystko z talerza i dopiero wtedy powie, że... znalazł włos. Wiadomo, że dobry podróżny to taki, który zrobi... ruch i obrót (niekoniecznie wodą mineralną), ale żeby tak się stało, trzeba dać coś z siebie. Może bez względu na... wzgląd trzeba po prostu lubić to zajęcie?
A dzisiejszy Blat jest przygotowany do ponownego odsłuchania TU.