Takie i inne słowa padają często, a przynajmniej ostatnio, z ust polityków i parlamentarzystów na określenie swoich przeciwników z innej partii. Czy słowa te należy uznać tylko jako mocne i mało parlamentarne, czy też obraźliwe? Czy powinny padać bezkarnie na scenie politycznej czy też politycy powinni być bardziej powściągliwi w wyrażaniu swoich ocen?
Poprawność języka politycznego była tematem dzisiejszej Antyradio Machiny, która zajęła się polityką za sprawą felietonu Kazika Staszewskiego, zamieszczonego w najnowszym numerze ‘Machiny’ pod wymownym tytułem ‘Z pozycji bydła’. Tak czytelników ‘Gazety Polskiej’ określił senator Stefan Niesiołowski, czym wokalista Kultu - jako czytający z przyjemnością ten tygodnik - poczuł się urażony. Głos w dyskusji nad bluzgami politycznymi zabrał zarówno poseł na Sejm Ryszard Kalisz - określony swojego czasu przez wspomnianego senatora pornogrubasem, który był gościem specjalnym audycji, jak i eksperci Antyradio Machiny: stała komentatorka zjawisk wszelakich Renata Begier, profesor Jerzy Bralczyk, Piotr Gadzinowski oraz Tomasz Nałecz. A co z niej wynikło?
Politycy często obrażają się usłyszawszy opinie na swój temat, wypowiedziane przez swoich politycznych przeciwników. Należy przyznać, że w kwestii obrażania się czy też przejścia nad tym do porządku dziennego po usłyszeniu słów krytyki, wszystko zależy od osobowości człowieka - tego, który mówi i tego, który słucha. Najważniejszą rzeczą wydaje się być umiejętność zachowania dystansu, posiadanie poczucia krytycyzmu wobec siebie, jak i poczucia ... humoru. Politycy najpierw spierają się, obrzucają błotem, a po jakimś czasie są w jak najlepszej komitywie, mówią sobie na ‘ty’, chociaż w dalszym ciągu krytykują się wzajemnie - już bez inwektyw - i wyrażają sprzeczne poglądy. Często takie obraźliwe słowa wymyślają sami politycy, nie zdając sobie sprawy, że mogą one obrócić się przeciwko nim - jak chociażby słynne ‘wykształciuchy’, które okrzepły na murze jakiegoś budynku inskrypcją ‘Lepiej być wykształciuchem, niż Dorniem’.
Renata Begier nie akceptuje takiego słownictwa, które jest obraźliwe. Według niej, politycy powinni hamować swój język oraz swoją zapalczywość i emocje, gdyż od wybrańców narodu - jakimi są - oczekuje się poprawnego zachowania. Nie tylko zwykli ludzie, ale także fachowcy są zaniepokojeni poziomem języka politycznego w Polsce. Martwi się profesor Jerzy Bralczyk, który twierdzi, że polityk często używa mocnych, wyrazistych słów, aby zaistnieć, być rozpoznawalnym i w ten sposób przejść do historii. Takie zachowanie polityka na pewno podnosi temperaturę na scenie politycznej, ale cierpi na tym dyskurs publiczny. Tomasz Nałęcz z kolei twierdzi, że to nie brutalność określeń dotyka polityka. Wie coś na ten temat, bo często tego doznawał. Przypomniał, że w polityce obowiązuje żelazne prawo: im kto ma mniej racji, tym ostrzejszych wyzwisk używa.
Można także powiedzieć, że dosadny język stał się zaletą polskich polityków. Za swoje wypowiedzi są nawet nagradzani. Radiowa Trójka corocznie organizuje plebiscyt, w którym - głosami radiosłuchaczy- polityk może zdobyć nagrodę „Srebrnych Ust”. Właśnie za swoją wypowiedź.
Hmm ... Wynika więc z tego, że folklor polityczny musi istnieć.