Tak mniej więcej zabrzmiałoby po chińsku - bez zbędnego wchodzenia w szczegóły, czy byłoby to w dialekcie kantońskim, czy też mandaryńskim - ‘cześć’. A dlaczego chińszczyzna w Blacie na dzień dobry? Ano z uprzejmości i grzeczności, jako że dzisiaj na stole z powyłamywanymi nogami degustowany był Hongkong - enklawa chińska (chociaż w bardzo dużym stopniu niezależna i w znacznej mierze rządząca się sama), będąca wcześniej kolonią brytyjską, nazywana oficjalnie specjalnym regionem administracyjnym Chińskiej Republiki Ludowej.
Poniosło nas hen, nad Morze Południowochińskie, za sprawa gospodarza Blatu - imć Pawła Lorocha, którego rzuciło w tamte strony w ubiegłym tygodniu. Rzuciło i zauroczyło, a przez to zaowocowało tysiącem obserwacji, spostrzeżeń, zdumień i zachwytów. Nafaszerowany wrażeniami, z największą przyjemnością wykładał je dzisiaj skrupulatnie na stół, dzieląc się tym co widział i czego zasmakował, wylądowawszy w Hongkongu po siedemnastu godzinach lotu, z jedną zaledwie przesiadką w Londynie.
Geograficznie rzecz ujmując, Hongkong to kawałek kontynentu i ponad dwieście przybrzeżnych wysp i wysepek, z których największa to Lantau. Pomimo takiego rozprzestrzenienia, turyści i tubylcy kłopotów komunikacyjnych tam nie doświadczają. Wszędzie można dotrzeć i to na wiele sposobów, w zależności od wyznaczonego celu – jak nie funkcjonalnym metrem, kursującym nawet pomiędzy wyspami (podwodnymi tunelami), to piętrowym autobusem, promem, kolejką linową, taksówką lub w ostateczności na piechotę. Ludzi tam sporo, jest tłoczno i gwarno, czuć i widać tętniące życie wysoko zaawansowanej cywilizacji. Z tego względu każdy skrawek przestrzeni zagospodarowany jest z rozmysłem. W oczy rzucają się strzeliste, kilkusetmetrowe wysokościowce – przynajmniej na wyspie Hongkong, mieszczącej biurowce centrum biznesowego, nowoczesne hotele na europejskim poziomie i z europejskim wystrojem (ale z azjatyckim widokiem z okna) w dzielnicy Kowloon i Causeway Bay, duże centra handlowe.
Pomiędzy wieżowcami - po kilkadziesiąt pięter każdy - sporo jest autentycznego, typowo azjatyckiego klimatu hongkongskiego - sklepików, bazarów w bocznych uliczkach, jedzenia w małych, rodzinnych knajpkach lub ulicznych garkuchniach, wśród którego najpopularniejszym są makarony i ryż z dodatkami, curry z owocami morza lub mięsem, ryby, pierożki z wymyślnym farszem - serwowane z zupą lub... na patyku. Zupełnie inaczej - ciszej i niemalże ‘sielsko anielsko’ - jest już na wyspie Lantau, dokąd tłumy tubylców udają się przede wszystkim w celach religijnych, a turyści z ciekawości. Magnesem jest buddyjski klasztor Po Lin, pięknie i bogato zdobiony złotem, stanowiący sobą bez wątpienia arcydzieło architektury tego typu. Szczyci się on największym na świecie posągiem Buddy – jego sylwetę widać podobno nawet z okien samolotu. Do klasztoru prowadzi 280 medytacyjnych schodów, ale - jak zapewnia Paweł - da się przejść tę drogę bez wysiłku.
Co poza wspomnianym miejscem kultu religijnego trzeba zaliczyć, znalazłszy się w Hongkongu? Warto na pewno wjechać na taras widowiskowy na wzgórzu The Peak, z którego rozciąga się wspaniała panorama metropolii. Można odwiedzić także Ocean Park (wjeżdża się tam kolejką linową) albo Disneyland (ten to chyba dla amatorów rozrywki szczególnego rodzaju). Shopoholicy rzucą się zapewne na sklepy. Hongkong jest strefą bezcłową i oferuje towary w kuszącej cenie – przede wszystkim tanią elektronikę i... podróbki znanych firm ‘made in China’. Płaci się za nie lokalną walutą (to jeden z objawów niezależności Hongkongu) - dolarami hongkongskimi.
Miało być jeszcze o ludziach tu mieszkających i o wielu innych rzeczach, którymi zachwycił się nasz globtroter w podróży na wschodnie wybrzeże Chin, ale... trzeba w końcu postawić końcową kropkę. Audycję można odsłuchać jeszcze raz. Blat jest nagrany, wystarczy kliknąć - KLIK i... znaleźć się znowu myślami w Hongkongu. Miłej podróży. :)