Pierwsze, z czym tradycyjnie kojarzy się kraj, który słuchaczom Gastrofazy przybliżał dzisiaj gość Pawła, to tulipany, wiatraki i łaciate krowy.
Oczywiście lista skojarzeń jest niepełna. Należałoby wymienić jeszcze przynajmniej rowery, chodaki, sery czy coffee shopy, ale już po tych paru wyrazach oczywiście wiadomo, o jaki kraj chodzi... Zgadza się, to Holandia. Ten niewielki kraj na zachodzie Europy, którego ponad ¼ powierzchni znajduje się poniżej poziomu morza, zaistniał na antenie w kulinarnym programie Antyradia za sprawą Ingrid Houtappel, która przyjęła zaproszenie Mistrza i pojawiła się w studiu Gastrofazy, aby odkryć sekrety holenderskich smaków, zapachów i widoków. Gość Pawła mieszka w Polsce od około trzech lat, znany jest niektórym z telewizyjnego programu Europa da się lubić, nadawanego w Dwójce.
W kulinarnym talk show mówi się przede wszystkim o jedzeniu. Co więc charakterystycznego jest w kuchni holenderskiej? Jakie dania i smakołyki Holendrzy uważają za swoje narodowe? Należy przyznać, iż odpowiedzi na te pytania nie są takie proste. Narodowa kuchnia Holandii jest trudna do zdefiniowania. Nie należy do urozmaiconych, jest raczej monotonna, nie rzuca na kolana swoimi smakami – przynajmniej odwiedzających ją lub pracujących tam Polaków. Dużo w niej mięsa, warzyw, owoców (toż to w końcu kraj rolniczy) oraz ryb i frutti di mare (leży nad Morzem Północnym). Zadziwiające jest to, że w Holandii częściej można posmakować kuchni innych narodów. Dużą popularnością wśród Holendrów cieszy się kuchnia orientalna – indonezyjska, chińska, tajlandzka, a także kuchnia włoska i francuska.
Oczywiście, pojechawszy do Holandii, każdy znajdzie tu coś dla siebie – w zależności od tego, czego szuka. Jedni najbardziej polubią menu z coffee shopów, serwujących przede wszystkim kawę i małe przekąski, a po niej coś do zapalenia (dla niewtajemniczonych słowo wyjaśnienia – lokale te uważane są za legalne palarnie lekkich narkotyków), inni skuszą się na smakołyki, rekomendowane przez Ingrid Houtappel. Jej samej, najbardziej smakuje holenderskie wydanie... sushi – surowy śledź z cebulką, którego łapie się palcami za ogon i natychmiast pakuje do buzi. Takiego śledzia brakuje jej w Polsce – te nasze zawsze w czymś pływają, jak nie w oleju to w jakichś sosach lub zaprawach. Innym niezapomnianym smakiem Ingrid są poffertjes – małe naleśniki z ciasta drożdżowego, smażone na specjalnej patelni (z wgłębieniami), a serwowane na ciepło z roztopionym masłem i cukrem pudrem, którym są posypane. Są też inne potrawy, które - zdaniem gościa Pawła - są warte spróbowania, jak chociażby zupa grochowa, ‘zielone z kartoflami’ (ze względu na barierę językową, danie niemożliwe do zidentyfikowania), hutspot – wołowina z warzywami, będąca typowym, bardzo sycącym daniem jednogarnkowym oraz oczywiście ryby w każdej postaci.
Mówiąc o kuchni holenderskiej, nie należy zapominać o serach. To dobro narodowe kraju. W Holandii jest ich duży wybór, najbardziej znane to ementaler, gouda i edam. Nazwy dwóch ostatnich pochodzą od nazw miast, w których są wytwarzane.
Zasada ‘Gość w dom, Bóg w dom’ znana jest i w Holandii, chociaż nie w takim rozmiarze, jak w Polsce, bo Holendrzy - pomimo swojej otwartości - bardzo sobie cenią także ‘metr prywatności’. Lubią zapraszać gości do swoich domów, umawiając się z nimi jednak wcześniej na takie spotkanie. Żeby przekonać się, jak smakuje Holandia można pojechać do tego kraju bez zapowiedzi. Nie trzeba przecież od razu wchodzić do holenderskiego domu, a odwiedzić ten kraj naprawdę warto.